Kreator z fabryki snów

„Jako operator nie czuję się kreatorem świata, ja jedynie wypełniam czyjeś sny”. To słowa Sławomira Idziaka, jednego z najwybitniejszych operatorów filmowych na świecie, autora zdjęć do takich produkcji jak „Helikopter w ogniu”, „Harry Potter i Zakon Feniksa” czy „Trzy kolory: Niebieski”.

Autor

Aneta Dolega

galeria

Dbałość i wyczucie, z jakim traktuje obraz, zachwyca widzów od lat. Trudno nie być oczarowanym kadrami jego autorstwa w takim filmie jak „Podwójne życie Weroniki”. Tutaj każdy fragment to wizualna perełka. Nic więc dziwnego, że z polskim operatorem chcą współpracować najwybitniejsi reżyserzy i aktorzy w branży, tej miary co Ridley Scott czy Natalie Portman. Sławomir Idziak spełnia się też jako pedagog, uwielbia pracować z młodymi ludźmi i dzielić się z nimi swoją wiedzą. Do Szczecina zawitał dzięki zaproszeniu Filmservices i Akademii Sztuki, zawitał, żeby poprowadzić warsztaty ze studentami Akademii. W tym celu zaprezentował Cinebus, który jest kolejnym krokiem w postprodukcji filmowej. To autobus przystosowany w pełni do realizacji filmów, montażu na planie, cyfrowej postprodukcji oraz projekcji. – Chcemy produkować filmy, które będą analizowane na wykładach i sympozjach – mówił podczas pobytu w Szczecinie. – Zbyt dużo pieniędzy i energii marnuje się w trakcie produkcji filmu. W Polsce istnieje kilkanaście instytucji edukacyjnych uczących młodych ludzi filmu, natomiast pieniądze na praktyczną realizację są wciąż takie same. Nie możemy psuć życiorysów młodym ludziom, należy dawać im szansę. – Technika umożliwia teraz absolutnie wszystko – mówi operator. 

– W Cinebusie może powstać nawet oskarowy film. To nie ma znaczenia, gdyż jest to związane z oceną wartości filmu, a my mówimy o technice i produkcji filmu. Film genialny może powstać nawet w domu za pomocą komórki, może więc i powstać za pomocą autobusu.

Rodzinna tradycja

Sławomir Idziak urodził się w 1945 roku w Katowicach. Wybór zawodu nie był przypadkowy. Dziadek ze strony matki, Józef Holas, jeszcze przed I wojną światową był cenionym fotografem, podczas festiwali wagnerowskich w Bayreuth kierował atelier A. Pieperhoffa, nadwornego fotografa cesarza Wilhelma II. Halina Holas-Idziakowa i Leonard Idziak także zajmowali się fotografią artystyczną, są członkami Międzynarodowej Federacji Sztuki Fotograficznej FIAP, cenionymi za doskonałość warsztatu.
W 1963 roku Sławomir Idziak zdał egzamin do łódzkiej Szkoły Filmowej.  – Szkoła filmowa była wtedy takim małym centrum niezależnej kultury – wspomina.  – Na bale do szkoły przyjeżdżała cała Warszawa, lecz ważniejsze było, że oglądaliśmy w szkole filmy, których nie można było obejrzeć nigdzie indziej. Poza tym w związku z renomą szkoły, wykraczającą poza granice Polski, odwiedzał nas każdy znany aktor czy reżyser, który przyjechał do naszego kraju.

Zanussi i Kieślowski

Dwa pierwsze najważniejsze momenty w jego artystycznym życiu to spotkanie z Krzysztofem Zanussim i Krzysztofem Kieślowskim. – Zanussi daje olbrzymią swobodę twórczą na planie. Mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o kształt plastyczny jego filmów, jestem ich autorem – mówi Idziak. Współpraca z Kieślowskim była dla Idziaka przepustką do Hollywood. A wszystko za sprawą wspólnej pracy przy nagrodzonym w Cannes „Podwójnym życiu Weroniki” i „Trzy kolory. Niebieski”, wyróżnionym na festiwalu w Wenecji Złotym Lwem oraz nagrodą za zdjęcia. – Kolor jest w tytule. Można było zrobić film o dominancie niebieskiej, ale wydawało mi się, że ciekawiej będzie umieścić kolor tak, żeby spełniał rolę dramaturgiczną. Od lat próbuję patrzeć na kolor nie tylko z estetycznego punktu widzenia. Kolor znaczy coś więcej – tłumaczy operator. – Staram się wraz z moimi partnerami szukać w pracy rozwiązań nietypowych.

Paszport do Hollywood

Kolejnym przełomem w karierze artystycznej Sławomira Idziaka okazał się dramat wojenny „Helikopter w ogniu” (2001) Ridleya Scotta. Zrealizowany kosztem 90 mln dolarów film o nieudanej interwencji amerykańskiej w Somalii był dla polskiego operatora doświadczeniem nowym. Nie tylko dlatego, że w wyniku błędu pilota na ekipę operatorską spadł grad rozgrzanych łusek od kul karabinu maszynowego. Przede wszystkim dlatego, że nigdy wcześniej nie pracował w takich warunkach – na planie wybudowanym w Maroku, w temperaturze ponad 40 stopni, w oszałamiającym tempie. Z postawionych przed nim zadań wywiązał się perfekcyjnie. Hollywoodzka Akademia Filmowa wyróżniła go nominacją do Oscara, identyczne wyróżnienie przyznała mu Brytyjska Akademia Filmu i Telewizji.  – Ocena mojej pracy jest uzależniona nie tylko od tego, czy robię ładne zdjęcia, ale na przykład od tego, czy umiem szybko pracować. Mówiąc szczerze, jest to najważniejsze przy decyzji o zaangażowaniu operatora w Hollywood: czy jest to facet, który pracuje szybko. Producentów nie interesują efekty wizualne. Są dobre pod warunkiem, że operator nie poświęca im za dużo czasu na planie. Bo ten czas jest przeliczany na olbrzymie pieniądze. Ale, oczywiście, nie można zapominać i o tym, że obraz filmowy buduje przeżycie emocjonalne, które spowoduje, że ludzie wychodząc z kina będą namawiać innych, żeby poszli do kina.

12( 99)
Grudzień'16