Najprostsza definicja

Autor

Joanna Osińska

Od zawsze człowiek próbował porządkować sobie życie zapamiętując i zapisując prawdy, które potem wyznaczały ścieżki całych społeczności. Przysłowia mądrością narodów!!! A czasem słowo lub zdanie – latarnią w ciemnej głowie pojedynczego człowieka… Kto z nas nie przeżył olśnienia? Pada jakaś fraza, a my wykrzykujemy: Boże, jakie to proste, dlaczego wcześniej na to nie wpadłem?

– Doświadczyła Pani tego? Zapytał pasażer. Mężczyzna wcale jeszcze w sile wieku, nie młody, ale też nie emeryt. Opowiadał z rzadką nostalgią, jakby chciał rozliczyć się z przeszłością, usprawiedliwić błędy cielęcych lat, ale jednocześnie z radością. Dziwne to było trochę i intrygujące jednocześnie. Mężczyźni rzadko się odkrywają. Zwykle to kobiety chętniej podejmują rozmowy w podróży. Wyjechaliśmy już jakiś kawałek od Warszawy. Do Szczecina zostało jeszcze duuużo kilometrów. Rozmowa rozwijała się ciekawie. Cieszyłam się z nowej znajomości. Czułam, że znów się czegoś nauczę, zaczerpnę z doświadczenia tego wyjątkowego człowieka. – Tak, wiele razy. Odpowiedziałam.

– Tak myślałem. Szkoda, że ja nie skorzystałem w pełni z usłyszanych w życiu mądrości. Nie jestem specjalnie wierzącym człowiekiem, ale zaprzyjaźniłem się z pewnym bardzo mądrym księdzem. Moja matka była już w podeszłym wieku, potrzebowała opieki. Poświęcałem jej tyle czasu ile mogłem. Dziś wiem, że za mało… Latem zawsze wyjeżdżaliśmy gdzieś nad morze i tam poznaliśmy tego duchownego. Z autentycznym powołaniem, wrażliwy i dobry jak dziecko, a jednocześnie mądry jak tysiącletni dąb. Dziś to już mocno starszy człowiek, ale wciąż sieje dobro. Kiedy moja matka zmarła, napisał do mnie list, osobiście, piórem, ręcznie. Już sam charakter zwracał uwagę na zaangażowapnie autora i wyjątkowość myśli, które przelał na ten papier. Czytałem o obecności naszych najbliższych mimo ich fizycznego odejścia, o tym, że cząstka ich wciąż żyje – w nas. O dumie matek z własnych dzieci, ale przede wszystkim poruszyła mnie jego definicja miłości. Napisał poprostu, że: MIŁOŚĆ TO OBECNOŚĆ… Mieści się Pani w głowie?! Tak proste, a jednocześnie jakbym odkrył Amerykę. Zacząłem analizować nie tylko mój stosunek do matki, ale również do żony, do dzieci, także do siebie… I co mi wyszło? NIEOBECNY!!! Ten list uratował moje małżeństwo. Żałowałem, że nie dostałem go wcześniej, ale lepiej późno niż wcale. Pomógł mi naprawić relacje z dziećmi i zaakceptować siebie. Miałem momenty, w których myślałem, że już nic nie czuję, że jestem maszyną. Jem, śpię, pracuję, jem, śpię, pracuję. Żadnych przyjemności, miłych niespodzianek, żadnej niedzieli, ani święta. Wciąż napięte nerwy. Zacząłem więc słuchać, co do mnie mówią najbliżsi, o co mają pretensje. Ile to wymagało ode mnie wysiłku, ale wytrwałem. Słuchałem także własnych myśli, zastanawiałem się czy jeszcze pamiętam czego w życiu chcę. Dlaczego jest mi źle, mimo tylu starań. To było prawdziwe wyzwanie, bo przyzwyczajamy się do utartych ścieżek i jeszcze wymagamy, żeby wszyscy wkoło uwielbiali nas i doceniali za to, że jak ten osioł drepczemy kopytkami. Jesteśmy przecież obowiązkowi. Tylko co z tego, skoro po drodze gubimy najcenniejsze. Nawet przy ciężkiej harówie trzeba znaleźć czas dla najbliższych. Oni nadają sens naszemu działaniu. Dla kogo to wszystko? Przecież nie dla siebie, nie jestem wariatem. Podążanie w życiu na skraj piekła zwanym samotnością, to nie moje przeznaczenie. Tak sobie tłumaczyłem. Miłość to obecność!!! Ośle!!! Więc przestałem być osłem, a zacząłem być obecny czyli taki, jakiego wcześniej pokochała moja żona. Jaka to była ulga. Poczułem wolność i tak mi zostało… i znów wróciło szczęśliwe życie. Słońce świeci jasno, trawa jest zielona, czasami śpiewają ptaki, są słowa i cudowne chwile wśród zwykłych wspaniałych dni, są też święta i miłe niespodzianki i …

Do przemyślenia stare przysłowie: Pamiętaj, jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz…

…Do zobaczenia w następnej podróży…

 

Joanna Osińska

Prestiż magazyn szczeciński
5( 63)
Wrzesień'13