To był horror…

Joanna Osińska Dziennikarka TVP

Autor

Joanna Osińska

Opowiem Wam historię mrożącą krew w żyłach. Nie science fiction, lecz czystą prawdę, która wydarzyła się ok. 3 tys. km od Szczecina. Piszę ku przestrodze, byście uniknęli podobnych „przygód”.

 

 

 

Miało być pięknie i romantycznie. Przede wszystkim wypoczynek i relaks, słoneczna i ciepła pogoda mimo, że to jeszcze była połowa kwietnia. Hotel 4 gwiazdkowy, Hiszpania, miejscowość: Punta Umbria, której podobnie, jak Hiszpanii będę teraz unikać, jak diabeł święconej wody.

Fakt, że przez pierwszy tydzień nie było słońca tylko deszcz i wiatr, to jeszcze można zrozumieć. W końcu to nie sezon, ale najlepsze działo się na „stołówce robotniczej”. Tylko tak można nazwać dwie restaurację usytuowane obok siebie, każda obliczona na 500 osób. Do dziś nie odzyskałam w pełni słuchu, mimo, że minął już jakiś czas od powrotu. Szczęk oręża czyli noży i widelców wściekle uderzających o talerze, ten łomot okropny, wrzaski Greków, bo ich było najwięcej, przeokropny tłok na tym boisku wielkiego żarcia pozostaną mi w pamięci na zawsze jako naprawdę traumatyczne wspomnienie. A  to nie wszystko, to dopiero początek, a już mam gęsią skórkę na myśl o tym, co się tam działo. Wyobraźcie sobie taką sytuację pamiętając, że wciąż jesteście w cztero - gwiazdkowym hotelu: szwedzkie stoły, kilkanaście dań do wyboru. Do każdego półmiska kolejki jak w Polsce za Gomułki, inni biegają z obłędem w oczach między stanowiskami z jedzeniem, żeby wyłowić jak najlepszy kęs. Każdy trzyma w ręku wielki talerz, jak do pizzy. Stojąc w jednej z takich kolejek, pośród nieludzko kłębiącego się tłumu, co chwila dostajecie kuksańca tymże talerzem, a to w plecy, a to w brzuch lub w bok. Przez głowę przelatuje tylko myśl, czy już masz na sobie sos z czyjeś potrawy, czy jeszcze nie. Kolejną sztuką, którą trzeba było się nauczyć w „restauracji” było utrzymanie pozycji przy upragnionym półmisku z frytkami, mięsem albo rybą. Należało stać twardo na nogach, najlepiej w lekkim rozkroku i mocno trzymać łyżkę. W przeciwnym wypadku Grecy wypychali cię z kolejki i wyrywali z ręki to czym zamierzałeś sobie nałożyć jakiś ochłap na talerz. Po takiej walce oczywiście odechciewało się jeść. Wzburzona adrenalina odbierała apetyt i lepiej z daleka należało trzymać się od noży, żeby nie zostać mordercą. Na dodatek to żarcie było niesmaczne, niedoprawione, przeważnie zimne. No horror na każdym posiłku.

Amerykę w tym niegościnnym kraju Kolumba można było też odkryć na śniadaniu i kolacji.

Wiecie co to herbata, kakao lub woda mineralna z kieszeni? O  pomstę do nieba wołam i gdybym sama tego nie przeżyła chyba nie byłabym w stanie uwierzyć. W normalnych hotelach o wiele mniejszym standardzie, torebki herbaty leżą swobodnie przy czajniku z gorącą wodą. Tutaj było inaczej. Przy wrzątku nie było herbaty. Uwaga co należało zrobić, aby napić się tea: iść do kelnera, który najczęściej, zajęty był zbieraniem ze stołów brudnych naczyń waląc nimi przeraźliwie o taki sam brudny wózek i poprosić o herbatę. Tu następowało najlepsze!!! Kelner sięgał do kieszeni swojego ochlapanego tłuszczem surducika i wyciągał torebkę herbaty. Dla jednej osoby przysługiwała jedna. To samo z kakaem i wodą mineralną. Jeśli ktoś nie wiedział, jak to działa – nie pił. Mnie się udało, bo podpatrzyłam, co robią ludzie już doświadczeni z poprzednich turnusów. Wiem, wiem, to się nie mieści w głowie, ale to ponura prawda w hiszpańskim hotelu z czterema gwiazdkami.

Hiszpanie są niesympatyczni, dotyczy to zarówno obsługi tego niby wypoczynkowego przybytku, jak ludzi na ulicy. Są oschli, nie uśmiechają się, stosują wszechobecną spychologię, w wielu przypadkach mężczyźni mają do kobiet stosunek mówiąc delikatnie zbyt tradycyjny. Są niechlujni w sprzątaniu i wszystkim, co robią. Na każdym kroku próbują zrobić z człowieka wariata i najlepiej żeby sobie poszedł, nie zawracał d…Jak łatwo można się domyślić, rozmowa z managerem tego hotelu o warunkach jakie proponują była tylko zwykłą formalnością, poza emocjami nic z niej nie wynikło. Powiedział tylko, że mają bardzo dużo gości, a ponieważ to nie sezon, to jeszcze nie ściągnęli pełnej obsługi. Pomyślałam, że rozmawiam z idiotą i szkoda mojego czasu.

Pozostaje jeszcze czystość środowiska w Punta Umbria. Ok. 30 km od tej miejscowości znajdują się zakłady prawdopodobnie rafineryjne. Smród jaki nad ranem można było wyczuć co kilka dni, nie pozwalał oddychać. Trzeba było zamknąć szczelnie okna. Przewodnicy mówili, że ślady działania tej fabryki nosi pobliski park przyrody, a ocean co jakiś czas wyrzuca dziwne osady. Tego nie widziałam, więc nie mogę potwierdzić, ale okropny odór w powietrzu przypominający ten kiedyś produkowany przez nasze zakłady chemiczne, pozostanie mi w nozdrzach.

Wnioski: jeśli chcemy dobrze wypocząć unikajmy hoteli molochów, a w Hiszpanii zwłaszcza tego pod nazwą Punta Umbria Beach z sieci Barcelo.

 

Ole! Ole! Ole! Ole! …..olej Hiszpanię, to już mój komentarz, oczywiście złośliwy i bez klasy jak ten kraj i jego mieszkańcy..

 

Z mojego dwutygodniowego urlopu w Hiszpanii, tydzień spędziłam na wycieczkach w Portugalii. Do granicy miałam tylko 100 km, więc szkoda było się nie wybrać. A  tam już ludzie i atmosfera zupełnie inni, bez porównania do swoich leniwych sąsiadów.

 

Szerokiej drogi i udanych wakacji. Ole!!!

 

Do zobaczenia w kolejnej podróży….

 

Joanna Osińska

Dziennikarka TVP, prezenterka programu informacyjnego TVP Szczecin „Kronika”. Prowadzi serwis ekonomiczny „Biznes” w TVP.Info

 

Prestiż magazyn szczeciński
( 34)
Maj'10