Mikołaj Cieślak Po co ludziom kabaret?

Od blisko ćwierćwiecza u rzeszy Polaków powoduje ból przepony. Zupełnie bezkarnie, bo to przyjemny ból. Wspólnie z Robertem Górskim założył uznawany już za klasykę, lecz wciąż niezmiennie uwielbiany Kabaret Moralnego Niepokoju. Jest współtwórcą i jednocześnie odtwórcą jednej z głównych ról – parodii Mariusza Błaszczaka – internetowego serialu „Ucho Prezesa”, oglądanego przez miliony Polaków. Specjalnie dla „Prestiżu” w rozmowie z Danielem Źródlewskim, opowiada o rozśmieszaniu rodaków, polityce i przede wszystkim nowym „pupilku”, czyli „Uchu prezesa”. 

Autor

Daniel Źródlewski

Podczas jednego z koncertów poświęconych twórczości mistrza Wojciecha Młynarskiego, usłyszałem fragment archiwalnego wywiadu, w którym dziennikarz zadał mu bajecznie proste pytanie, z nieco trudniejszą odpowiedzią: „Po co ludziom sztuka?”. Parafrazując te słowa – po co ludziom, według Pana, kabaret? 

Odpowiem jak kształcony polonista: śmiech pozwala oswoić świat, i to co w nim dobre, i to, co nie za bardzo. Czasem się udaje. Mądrze się zaczęło… (śmiech)

Pamięta Pan moment powstania Kabaretu Moralnego Niepokoju? Mogę się jedynie domyślać, że jego nazwa to sedno odpowiedzi… 

Na początku myślałem, że to nie jest dobra nazwa na kabaret: trochę przydługa, nie śmieszna, refleksyjna jakaś taka…, ale z czasem myślę, że wyprzedziliśmy nazwą, to co potem robiliśmy i robimy, zawsze tam trochę tego niepokoju jest. Poza śmiechem o coś tam jeszcze nam chodzi…

Jak powstają Wasze skecze?

Skecze pisze Robert. Od zawsze. Ale my ciągle ze sobą rozmawiamy, spieramy się, kłócimy, przynosimy historie, zdarzenia, anegdoty, czyli jakby takie nieoprawione, surowe kawałki drewna, które Robert rzeźbi w zamknięte skecze, postaci… O! Metaforycznie się zrobiło…

W kabarecie obok tekstu bardzo ważne jest też aktorstwo, i to w ekstremalnym wydaniu, bo przecież w kabaretowym programie trzeba często wcielić się w kilka skrajnie odmiennych ról. 

Coś tam trzeba wrodzonego mieć, myślę, że jest to taki ogólny „rys”, który powoduje, że albo się przyciąga uwagę na scenie, albo nie. Reszta to kwestia prób, rozwoju, wyczucia i słuchu na żart. Jak mówi mój kolega aktor dyplomowany: komedia to rytm. I my ten rytm, ten słuch mamy, tak mi się wydaje. Ja szukam dodatkowych wyzwań w nie tylko śmieszącym repertuarze. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy…

Kabaret Moralnego Niepokoju – jesteście wręcz nestorami polskiej sceny kabaretowej, to przecież dwie dekady działalności. Jednak wciąż potraficie zaskakiwać, nie tylko świeżością humoru, ale także formą (vide „Ucho prezesa” jako internetowy serial bijący rekordy popularności). Jak udaje się Panu i zespołowi Kabaretu utrzymywać tę świeżość i spontaniczność? 

Tak. „Ucho” to nasz nowy pupilek (śmiech). Faktycznie: samych nas to zaskoczyło, że weszliśmy w nową przestrzeń: Internet. I udało się tam stworzyć coś interesującego. Jestem youtuberem. Powiem teraz coś amerykańskiego: jeśli się chce, jeśli się jest wiernym swoim pragnieniom twórczym i jak się nie odpuszcza, to się da…uff… yeah (śmiech).

W Kabarecie Moralnego Niepokoju nigdy nie stroniliście od polityki, punktując przez te lata każdą władzę. Czy teraz jest szczególny moment dla kabaretu?

Szczególny o tyle, że „Ucho” faktycznie jest dla nas jakimś nowym artystycznym otwarciem… A na występach Kabaretu Moralnego Niepokoju, zdziwiłby się Pan, nie ma polityki w ogóle, trzeba dać ludziom odpocząć…

Jaka jest rola kabaretu w momencie zagrożenia, jeśli tak możemy oczywiście określić próby odebrania niektórych swobód przez „marsz” dobrej zmiany?

Hmmm… myślę sobie, że w momencie prawdziwego zagrożenia kabaret nie może się wypowiadać i siedzi cicho. Jeśli robimy sobie „Ucho”, ogląda nas i władza i opozycja, to do zabierania swobód jeszcze kawałek… Jeśli będzie inaczej, pierwsi o tym powiemy.

Pan głośno deklaruje swoje poglądy. Odnoszę wrażenie, że na to trzeba mieć dużą odwagę! 

Ja? Głośno poglądy? Nie bardzo właśnie. Nie znam się na tym, nie chcę mieszać komuś w głowie. Mówię ogólnikami i równie dobrze mogę zacząć używać chińskich przysłów, których nikt nie rozumie (śmiech). 

Mam wciąż w głowie pytanie jak może wyglądać konserwatywny czy prawicowy teatr, muzyka czy poezja. Dla mnie wolność jest wpisana w definicję sztuki. Inaczej staje się to tylko propagandą. Z czego mógłby się śmiać na przykład „prawicowy” kabaret? 

Mi się marzy sztuka bez przymiotników. Lewicowa? Prawicowa? Jest sztuka albo jej nie ma. Jeśli jest, to po prostu jest i żadne przymiotniki nie są potrzebne.

Skupmy się na „Uchu prezesa”. Jedni mówią, że w tym serialu obnażyliście działania rządzących, inni zauważyli próbę ocieplenia ich wizerunku, są nawet tacy, którzy twierdzą, że „Ucho prezesa” stworzyły służby specjalne. A jak jest naprawdę?

O! To może tak: jesteśmy ludźmi służb, którzy ocieplają wizerunek prezesa (śmiech). A serio: od długiego czasu chcieliśmy wyjść poza czysty kabaret i zrobić coś komediowego, serial właśnie. A że żywiołem Roberta są tematy polityczno-obyczajowe, padło na „Ucho”.

W serialu odpowiada Pan między innymi za obsadę. Zanim więcej o tym, pytanie osobiste: kto i kiedy zauważył Pana podobieństwo do Mariusza Błaszczaka? 

Podobieństwo zobaczyłem jak obejrzałem zdjęcia do pierwszych odcinków, wcześniej myślałem, że wyglądam jak Sean Penn (śmiech).

Nie boi się Pan, że Mariusz będzie dla Pana takim „obciążeniem” jak Turecki dla Gajosa? Trudno będzie się od tej błyskotliwej roli odczepić… 

Oj, to za wysokie porównanie. Naprawdę. Znam miarę. To bardziej jak postać „Dirty Harry’ego” dla Clinta Eastwooda. 

Spotkał się Pan z pierwowzorem swojej postaci, albo mieliście jakiś kontakt?

Jeszcze nie. W sumie ciekawe by to było, ale nie tęsknię za tym szczególnie.

Do annałów polskiej sztuki przejdzie trafność doboru aktorów do poszczególnych ról w „Uchu…”. Co jest głównym kryterium? 

Czy aż do annałów sztuki, to nie wiem (śmiech). Ale obsada jest 

wyborowa, i w drugim sezonie napięcie obsadowe rośnie… Kryterium główne to pewien typ postaci, podobieństwo charakterologiczne, oczywiście według tego, jak my sobie te charaktery wyobrażamy. A potem, każdy już sobie radzi sam pod batutą reżysera Tadka Śliwy. I jakoś to tak się dzieje…

Czy aktorzy chętnie godzą się na udział w projekcie? Bo przecież udział w „Uchu…” równa się wręcz światopoglądowemu (politycznemu) comming out’owi. 

Większość zdecydowana bardzo chętnie bierze w tym udział. Generalnie nie przekonujemy na siłę. Sami wiedzą, w co się pakują….

Jak powstają scenariusze poszczególnych odcinków? To wnikliwa prasówka?

Robert przestał mówić o dziewczynach i piłce nożnej, teraz tylko o polityce (śmiech).

Mam przed oczami niedawne wystąpienie premier Beaty Szydło w Sejmie, podczas którego sama się zagotowała, kiedy wypowiedziała z mównicy „Przez osiem ostatnich lat…”. Śmiechem zareagowała też cała sala. To dowód na to, że „Uchem…” przekroczyliście granicę między fikcją a rzeczywistością. 

Dla nas to było kompletne zaskoczenie. Zrobiliśmy pierwsze odcinki za swoje pieniądze i myśleliśmy, że to tak w sumie dla siebie i na paru odsłonach się skończy. Ale jak usłyszałem na konferencji rządowej, że mówią o „Uchu”, to pomyślałem „O… to przesada” i bardzo się przejmowałem, co my robimy. Ale mi przeszło. Robiąc odcinki, trzeba myśleć tylko o tym, żeby były dobre, a nie co my komu tym zrobimy.

Ta popularność i reakcje na to co prezentujecie w „Uchu…” to jednocześnie wielka odpowiedzialność – jednym zdaniem moglibyście obalić rząd…

Rząd, który może być obalony przez serial satyryczny w internecie byłby niepoważny i nie powinien rządzić. Rząd niech robi swoje, my swoje. Granicą jest dobry smak i zdrowy rozsądek. Jak zawsze w naszym fachu.

Nie boi się Pan, że może go dotknąć cenzura?

Jak mówiłem, będziemy się drzeć wniebogłosy…

Co obecnie Kabaret Moralnego niepokoju ma w repertuarze, o czym traktuje Wasz aktualnie grywany program, bo w Telewizji publicznej nie widziałem (śmiech)?

Nowy program to jak zwykle mieszanka scen, zdarzeń obyczajowo znanych, podkręconych na ostro-śmieszno. Plus uwaga! Dwa piękne liryczne songi… Niektórzy ich wysłuchają, się wzruszą, inni sprawdzą w tym czasie smsy w telefonie… i jednych i drugich zapraszamy serdecznie! Ciągle gramy, a po „Uchu” jakby nawet ludzi było więcej… Po za tym jesteśmy youtuberami (śmiech), to jest freedom od całej machiny TVP.

Można się spodziewać scenicznej wersji „Ucha prezesa”?

No właśnie sam chciałbym to wiedzieć. Coś kombinujemy, ale może się okazać, że to forma nie do przeniesienia na scenę. Na pewno nie na siłę, to musi być albo dobre albo wcale. „Ucho” to marka, nie można jej popsuć.

W listopadzie będziemy mogli zobaczyć Pana w Szczecinie na Festiwalu Szpak, między innymi w Impro Finale. Czy forma kabaretowej improwizacji to droga współczesnego kabaretu? 

Ogromną zaletą impro jest to, że dzieje się tylko raz, wyjątkowo, w tym momencie tu i teraz. Niestety to też wada impro, czyli jeśli raz wyszło coś genialnie nie da się tego pokazać jeszcze raz, powtórzyć, choćby się bardzo chciało. Czy nowa droga? Nie wiem, na pewno jest to bardzo odświeżające…

W impro potrzeba przede wszystkim dystansu. Trochę obnażać siebie, swoją prywatność, swoje przywary…

Nie mówiłem, ale ja się uwielbiam obnażać (śmiech) … W impro jest się bezbronnym na scenie, nic nie jest przygotowane, wszystko się dzieje nagle. Ale może się uda wyjść obronną ręką z tego wyzwania…

SZPAK to festiwal młodego kabaretu. Jak ocenia Pan to, co się dzieje na tej scenie w Polsce? Widzi Pan jakieś obiecujące nowe twarze, albo obserwuje jakiejś zmiany w kabaretowej narracji?

Od kilku lat scena kabaretowa bardzo się zmienia, jest mniej młodych kabaretów, za to więcej stand-uperów. Niezależnie od formy coś się broni lub nie: czy jest to stand up czy kabaret. Formą niewiele da się oszukać. Jest mniej więcej tylu dobrych stand-uperów co kabaretów. 

Z czym kabareciarzowi kojarzy się Szczecin? Zna Pan trochę nasze miasto? 

W Szczecinie bywam często, graliśmy tu, są tu kapitalne knajpy, mam tu przyjaciół i jest coraz bliżej autostradą… W niektórych miastach po występie zostajemy w hotelu. W Szczecinie zawsze idziemy w miasto. To najlepsza recenzja.

A jakby zażartował ze Szczecina Mikołaj Cieślak? 

Ze Szczecinem nie ma żartów, to moje zdecydowanie ulubione miasto nad samym morzem.

10( 109)
Listopad'17