Niepokorny Jerzy Janowicz

Autor

Tomasz Dobiecki

galeria

Tenis kojarzy się z luksusem, malowniczymi zakątkami, dużymi premiami finansowymi, nic tylko wziąć rakietę do ręki i grać…

No tak, jest jeszcze kwestia wielu godzin treningów na korcie i na siłowni, godziny spędzone na stole do masażu, trudne i wyczerpujące mecze, ale i kontuzje, operacje, częste latanie samolotami, czekanie na lotniskach na połączenia, ciągłe pakowanie się i życie na walizkach. A sukces osiąga tylko ułamek zawodników, którzy poświęcają swoje życie dla sportu. 

Czyli gra na wimbledońskiej trawie i czeki na liczby z sześcioma zerami, to nagroda zarezerwowana tylko dla nielicznych?

Oczywiście każdy grając w tenisa chciałby od razu odnosić zwycięstwa w Wielkim Szlemie i być w czołowej dziesiątce rankingu. Jednak kariera tenisisty nie wygląda tak różowo. Najpierw przez kilka lat uczy się, szlifuje uderzenia, uczy taktyki. Zaczyna zbierać pierwsze doświadczenia w cyklu juniorskim, później zdobywa punkty w turniejach ITF Futures i to jest naprawdę ciężki kawałek chleba. Premie są bardzo małe, rzadko pokrywają koszty dojazdu czy noclegów w trakcie pobytu. Im wyższą pozycję się osiąga, gra się w coraz większych turniejach – wtedy jest nieco łatwiej. Przykładem są challengery, szczególnie te największe, jak np. Pekao Szczecin Open, które oferują zawodnikom hospitality, czyli zakwaterowanie. Daje to nieco większy komfort i obniża koszty. Ale nadal nie jest to pułap, który daje większy oddech finansowy, choć na pewno ułatwia wiele rzeczy.

O challengerach mówi się, że dla młodych zawodników są trampoliną do czołówki rankingu ATP, ale też dla tych bardziej doświadczonych, którzy po kontuzjach próbują wrócić do pierwszej setki. Czy faktycznie tak to działa?

Dla niektórych dziennikarzy są jeszcze imprezami „trzeciego sortu”, ale jednak dla tenisistów to istotne ogniwo w tourze, gdy są blisko wejścia do pierwszej setki albo walczą o utrzymanie się. Nawet będąc na 70-80 miejscu, trudno załapać się do drabinki imprezy ATP Masters 1000. Wtedy można albo siedzieć w domu i trenować, albo walczyć o punkty i awans w rankingu w challengerach.

A jakie miejsce w pana pamięci zajmuje Pekao Szczecin Open?

Zawsze będę darzył ten turniej dużym sentymentem, bo odniosłem w nim swój pierwszy duży sukces w zawodowym tenisie. To było w roku 2008, kiedy doszedłem w Szczecinie do półfinału i to na początku mojej seniorskiej kariery. Turniej Pekao jest bardzo dobrze zorganizowany, przez cały tydzień naprawdę dużo się dzieje.

I publiczność dopisuje. Przed rokiem komplet widzów na obydwu pańskich meczach robił wrażenie. Chyba rzadko coś takiego zdarza się w pierwszej czy drugiej rundzie, szczególnie w challengerach?

Było to bardzo miłe i bardzo przyjemnie się grało w takich okolicznościach. Został mi pewien niedosyt, bo liczyłem na lepszy wynik, ale w drugim meczu wyszło zmęczenie poprzednim tygodniem, w którym wygrałem challenger takiej samej rangi w Genui. Bardzo potrzebowałem wtedy punktów, żeby poprawić swój ranking po kontuzji.

Niecały miesiąc wcześniej wrócił pan na korty po operacji kolana i półrocznej przerwie. W tym roku były już krótsze przerwy. Powroty to trudna rzecz dla tenisisty?

Jeśli nie gra się w tenisa przez sześć miesięcy, to powrót do pełni możliwości i gry na najwyższych obrotach zajmuje również około pół roku. To potwierdzają statystyki. Jak każdy tenisista, ja też miewam problemy z powrotem na kort. Jeśli nie choroby, to przewlekłe kontuzje utrudniają mi wznowienie gry, choć oczywiście jestem w stanie wrócić na właściwe tory, ale potrzebuję do tego czasu. Niestety nie potrafię grać najlepszego tenisa bez większego ogrania w turniejach. Potrzebuję meczów o stawkę, one mnie motywują i dodają pewności gry.

Czy przy kolejnych powrotach nie przeszkadza panu presja, że to pan ma coś do udowodnienia, szczególnie grając przeciwko „młodym-gniewnym”?

Nie myślę o tym wychodząc na kort, tak jak nie myślę o miejscu rywala w rankingu ATP, jego doświadczeniu, co nie znaczy, że go lekceważę. Na poziomie pierwszej i drugiej setki na świecie nie ma łatwych przeciwników, nie ma też łatwych meczów. Po prostu trzeba grać najlepszy tenis, starać się wygrywać kolejne mecze i wspinać w rankingu. Nie ma sensu się oglądać na innych, tylko trzeba się skupić na sobie i swojej grze. Nie ma innej drogi.

Czy to możliwe nawet w sytuacji, kiedy np. w pierwszej rundzie US Open 2016 wylosował pan Novaka Djokovicia?

Kiedy się dowiedziałem o tym, z kim będę musiał zagrać w Nowym Jorku, nie zrobiło to na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. To loteria, na którą nie mamy żadnego wpływu, więc nie ma sensu się przesadnie przejmować. Nieważne, czy po drugiej stronie jest Djoković, czy ktokolwiek inny, do wygrania jest tyle samo punktów i pieniędzy. Trzeba wtedy wyjść na kort i zagrać jak najlepszy mecz, bo zawsze jest szansa na wygraną.

A czy zdarzały się panu chwile zwątpienia, że dalsza gra w tenisa nie ma sensu?

Czasami przychodzą momenty zwątpienia. Tak było, gdy miałem poważne problemy z kolanem. Właściwie ciągnęły się za mną już od US Open 2015, ale problemy wykluczające mnie całkowicie z gry zaczęły się po zagraniu Davis Cup 2015 w play off do Grupy Światowej ze Słowacją. Pojawiło się zwątpienie, gdy przez cztery, czy pięć miesięcy moje kolano w ogóle nie chciało się zregenerować i to pomimo najróżniejszych kroków podejmowanych w tym kierunku. Ale nagle, zaczęła się poprawa i wróciłem na korty. To było uskrzydlające.

Pańscy krytycy uważają, że Jerzy Janowicz jest przereklamowany, że w życiu zagrał tylko dwa dobre turnieje zakończone finałem w paryskiej Bercy i w półfinale Wimbledonu…

No i do tego miało to miejsce dawno temu, więc się pewnie nie liczy. Trudno jest polemizować z takimi argumentami. Zapewne niejeden tenisista chciałby wystąpić w półfinale Wimbledonu, a mało komu się to udaje. Owszem, chcę osiągać jak najczęściej takie wyniki, ale to będzie możliwe, gdy moje zdrowie pozwoli mi wrócić na właściwe tory. W tym roku na wiosnę już myślałem, że będzie dobrze, niestety pechowo poślizgnąłem się na korcie i pojawiła się kontuzja stopy. Po miesięcznej przerwie i ledwie pięciu dniach treningów próbowałem wrócić podczas Roland Garros. Przegrałem pierwszy mecz, choć nie grałem w nim źle, jednak brakło mi ogrania. Potem było lepiej, bo trzecia runda Wimbledonu, ale to wciąż jeszcze nie jest to, czego oczekuję.

A czego pan oczekuje po coraz bliższej współpracy z Austriakiem Gunterem Bresnikiem, który od wielu lat prowadzi Dominica Thiema? Czy to nie będzie zderzenie dwóch silnych osobowości?

Na linii zawodnik– trener najważniejsza jest chemia, którą muszą złapać od początku. Siła ich charakterów jest raczej w tym drugorzędna. Jeśli obie strony się dobrze rozumieją, to taka współpraca będzie przebiegać pozytywne. Z Guentherem dobrze się dogadywaliśmy jeszcze przed rozpoczęciem współpracy, a potem ten kontakt się jeszcze polepszył. Dlatego wierzę, że przyniesie ona dobre skutki. 

W sierpniu zaczął pan trenować w Wiedniu, czy to jest etap przejściowy, czy też zamierza się pan przeprowadzić do Austrii na stałe?

Wiedeń to dobry pomysł, bo odpowiada mi atmosfera pracy, mentalność i świetne warunki do treningów. Właściwie nie ma nic takiego, co by mnie w Polsce trzymało. U nas nie ma za bardzo z kim grać czy trenować. Mamy bardzo mało zawodników, którzy są w ciągłych rozjazdach. W Wiedniu, pod okiem Guentera są zupełnie inne warunki i zdecydowanie lepsze możliwości.

Myśli pan, że Austriacy, którzy są bardzo uporządkowanym i spokojnym narodem są gotowi na przyjęcie Jerzego Janowicza? Powiedzmy sobie wprost – pana osobowość do stonowanych nie należy.

Nie przesadzajmy, owszem jestem bardzo emocjonalny i czasem bardzo żywiołowo reaguję na wydarzenia na korcie. Ale prywatnie jestem zwyczajną osobą, nie skaczę po kanapie, nie biegam po apartamencie i nie krzyczę (śmiech). Jestem normalnym człowiekiem i podoba mi się, że Wiedeń jest spokojnym miastem.

Tenis kojarzony jest z wielkimi pieniędzmi, a zestawienia listy płac robią wrażenie. Jednak są w nich podawane kwoty brutto. Ile tak naprawdę z tych pieniędzy trafia do kieszeni zawodnika?

To na pewno zależy, o jakich kwotach mówimy. Jeśli przykładowo o 10 tysiącach rocznie, to tenisista na pewno nie wychodzi na plus w żaden sposób. Natomiast jeśli jest to milion dolarów, to na pewno coś z tego już u niego zostanie, ale nie cały milion. Zazwyczaj jest to mniej niż połowa wywalczonych premii. Zresztą wiadomo, że należy zapłacić podatek, którego wysokość zależy od kraju, w którym się grało.

A co jeszcze generuje największe koszty podczas gry w Tourze?

Zdecydowanie trener, jeżeli jest z najwyższej półki, to są to horrendalne koszty nieosiągalne dla przeciętnych zjadaczy chleba. Trudno jest podać tu jakieś konkretne kwoty, ale roczne utrzymanie dobrego trenera, to zwykle równowartość dobrego auta (śmiech).

Obecnie jest pan tuż za pierwszą setką, aby do niej wejść brakuje kilku miejsc, ale też broni pan na początku września sporo punktów.

Tak, przed rokiem, po igrzyskach w Rio, wygrałem Genuę, gdzie w finale pokonałem Nicolasa Almagro, także mam do obrony ponad 100 punktów. Niestety po lipcowym występie w Poznaniu miałem znowu trochę problemów zdrowotnych, więc musiałem zrobić sobie dwutygodniową przerwę. Ale w sierpniu trenowałem już intensywnie w Wiedniu i przygotowywałem się do powrotu, planując starty – tak jak przed rokiem – w dwóch dużych challengerach w Genui i Szczecinie. Moim założeniem do końca roku jest awans do czołowej 80-tki rankingu ATP, co będzie całkiem zadowalającym osiągnięciem.

Postanowił się pan skupić na indywidualnej karierze i ogłosił, że nie będzie występować w Pucharze Davisa. Taka decyzja chyba nie przysporzy panu zwolenników?

Przyznam szczerze, że nie interesuje mnie, co się mówi i pisze na mój temat. Przyzwyczaiłem się do tego, że ludziom łatwo przychodzi krytykowanie innych, szczególnie jeśli sami na czymś się nie znają, a w Polsce niewiele osób zna się na tenisie i jego specyfice. Kiedy wystąpiłem w finale ATP Masters 1000 w hali Bercy, to najpierw były zachwyty, a potem, po kilku słabszych startach dowiedziałem się z prasy, że przez przypadek znalazłem się w finale w Bercy. Już dawno przestałem się tym wszystkim przejmować, staram się robić swoje.

Ale jednak zdarza się panu popadać w konflikty z dziennikarzami, krytykować niektóre publikacje.

W sumie przestałem tak naprawdę rozmawiać z dziennikarzami, bo czasem nie ma sensu udzielać wywiadów. Zdarzało się, że czytałem wywiady ze sobą, w których połowę rzeczy nie powiedziałem. Mam wrażenie, że na udzielaniu wywiadów i tak nic nie zyskam, nie zmienię opinii na mój temat czy moich meczów, bo niektórzy dziennikarze i tak będą pisali co im się podoba. Tak naprawdę mam konflikt z trzema dziennikarzami i wcale nie dlatego, że źle o mnie piszą. Innych dziennikarzy traktuję normalnie i rozmawiam z nimi. Po prostu nie toleruję sytuacji, gdy kogoś dobrze znam, rozmawiam z nim, spotykam prywatnie, a potem ta osoba – mówiąc wprost – obrabia mi tyłek i pisze rzeczy kompletnie mijające się z faktami.

Może trzeba się bardziej oswoić z dziennikarzami, częściej tłumaczyć swoje racje?

Ja zawsze chciałem po prostu grać w tenisa. I podkreślę – nie dlatego, żeby być sławnym czy bogatym, bo to mnie nie podnieca i nie potrzebuje tego do szczęścia. Tak naprawdę dziennikarze nie muszą pisać o mnie, bo nie tworzą mojej kariery. Jeśli wygrywam turnieje, to sam buduję swój dobrobyt, więc nie obrażę się jak nie będą o mnie pisać. Właściwie, to może nawet będę szczęśliwy gdy przestaną. Lubię sport, uprawiam go dla przyjemności i to mi wystarczy do szczęścia. Tym bardziej, że mam dobry kontakt z kibicami, którzy faktycznie interesują się tenisem.

Obydwa ubiegłoroczne mecze w Pekao Szczecin Open przy pełnych trybunach chyba pokazały, że kibice w Polsce chcą pana oglądać i mocno wspierają. 

Tak, przed rokiem w Szczecinie był nadkomplet na trybunach, ludzie siedzieli nawet na schodach. Nie było widać też płotów, bo stali dosłownie wszędzie! Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek tyle ludzi było na meczu pierwszej rundy w challengerze.

Czy to się jakoś przekłada na zainteresowanie tenisem i tenisistami sponsorów w kraju?

Niestety nie i ciężko to zrozumieć. Ale sporo się jednak w ostatnich latach pozmieniało. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu Bartek Dąbrowski przyjeżdżał grać ligę w barwach MKT Łódź, to dzieci wisiały na płocie i dosłownie śliniły się oglądając zawodnika, który był najwyżej w rankingu w okolicach 200. czy 210. miejsca. A jak się pojawiała Katarzyna Nowak i zrywała cztery naciągi, to mojemu trenerowi Kubie Ulczyńskiemu ciarki przechodziły po całym ciele, gdy oglądał jej treningi i mecze.

Mówi pan o słynnym okresie „grania po szopach”?

Tak dokładnie. Dzisiaj patrzy się na wiele rzeczy z innej perspektywy, ale wtedy mnie czy kolegom nie przeszkadzało w zimie granie w rękawiczce na lewej ręce. Tenis był całym naszym życiem i na korcie spędzaliśmy praktycznie cały wolny czas, nawet jeśli po wejściu do balonu musieliśmy czekać pół godziny na rozmrożenie kortu. Dzisiaj w Polsce nawet na treningi Radwańskiej, Kubota czy Janowicza rzadko ktoś przychodzi, a jeśli już, to popatrzy pięć czy siedem minut i idzie. Dzisiaj już się ludzie tak nie pasjonują tenisem, a rodzice młodych zawodników mają pretensje do właścicieli kortów, gdy na treningu jest temperatura „tylko” 14 stopni na plusie. Dawniej trenowałem nawet jak było minus dziesięć stopni!

Warunki do trenowania obecnie zmieniły się na lepsze. Ale jak jest z zainteresowaniem sponsorów? 

To jest zadziwiające, ale tak naprawdę największym problemem jest to, że mieszkamy w Polsce. Byłem czołowym juniorem świata, wygrywałem z Igorem Dimitrowem, ale nigdy nie byłem tak bardzo doceniany jak reszta, bo jestem z Polski. Żadne argumenty mojego menedżera nie działały! Ani Adidas, ani Nike nie chciały ze mną podpisać kontraktu, chociaż dwa razy grałem w finale juniorskiego Wielkiego Szlema. Nigdy nie byłem traktowany na takim samym poziomie, jak inni zawodnicy, bo byłem Polakiem. Nie wiem z czego to wynika, ale jesteśmy w Europie traktowani gorzej. Choćby przykład żywności sprowadzanej przez supermarkety do nas, która jest zdecydowanie drugiego, a nawet trzeciego sortu. W tenisie też jesteśmy gorzej traktowani i nie zmieni tego żadna agencja menedżerska. Bardzo trudno w Polsce o sponsorów, a jeśli chodzi o polski tenis, to jedyna osoba, która w niego naprawdę potrafiła zainwestować, to był Ryszard Krauze. Na jego wsparciu skorzystało wielu zawodników, również ja. Ale teraz nie ma nikogo na horyzoncie, kto by w podobny sposób zainwestował w polski tenis.

Czy przeprowadzka do Wiednia jest etapem przejściowym, czy może myśli pan o wyprowadzce na stałe z kraju?

Nie, mój dom to Polska. Tylko w Łodzi czuję się odprężony i zrelaksowany, nawet jeśli nie jest lekko przez te wszystkie komentarze i artykuły, ale to rzecz drugorzędna. Chcę mieszkać, tam, gdzie się dobrze czuję, poza tym nie lubię podróżować.

 


Podziękowanie dla marki Recman – Oficjalnego Sponsora Reprezentacji Polski Mężczyzn w Tenisie – za udostępnienie zdjęć w stylizacjach Recman.

8( 107)
Wrzesień'17