Kobieta ze stali

Ewa Huryń na swoim koncie ma wiele wygranych maratonów i półmaratonów. Kocha też wspinaczkę. Już niebawem podejmie się arcytrudnego zadania. – Najpierw pobiegnę w Austrii w biegu górskim na 50 kilometrów, a następnie wejdę od strony włoskiej, trudniejszą drogą, na alpejski szczyt Matterhorn – mówi Ewa. 

Autor

Andrzej Kus

Przebiegnięcie maratonu to nie lada osiągnięcie. Dla szczecińskiej księgowej, Ewy Huryń pokonanie 42.195 km nie jest jednak niczym nadzwyczajnym. Nie dość, że mordercze biegi „odhacza” z niespotykaną łatwością, to na dodatek dostarcza sobie dodatkowej adrenaliny wspinaczkami wysokogórskimi. Tutaj znowu nie wybiera najłatwiejszych tras. Za dwa tygodnie porwie się na kolejny ekstremalny wyczyn. 

– Lubię eksperymentować i sprawdzać swoją wytrzymałość, to nie jest pierwszy taki pomysł – przyznaje. – Razem z partnerem, każdego roku jeździmy na górskie wyprawy. Oprócz tego bardzo dużo biegamy. Wymyślamy sobie wyzwania i staramy się łączyć je z innymi aktywnościami. Ciekawi mnie bardzo, jak dużemu obciążeniu można się poddać. Testujemy wszystko na sobie. W ubiegłym roku Zbyszek w ciągu dwóch tygodni ukończył dwa triathlony na dystansie Ironman. Teraz spróbujemy czegoś innego i dokonamy tego wspólnie. Przed planowaniem corocznej wyprawy Ewa Huryń studiuje mapy. Zdaje sobie sprawę z tego, że do zdobycia jest mnóstwo górskich szczytów. Z roku na rok stara się wybierać coraz trudniejsze trasy. 

– Wymyśliłam sobie, że pobiegnę ultramaraton w górach. Znalazłam więc zawody w Austrii na dystansie 50 kilometrów o nazwie „Der Glockner TRAIL”. Patrząc na mapę zwróciłam uwagę na Matterhorn, a że nie jest aż tak daleko, to czemu nie spróbować zdobyć szczyt, i to od trudniejszej, włoskiej części?! Przecież lubię wyzwania. Generalnie jest to trudna góra, na którą rok, czy dwa lata temu nie byłam gotowa. Gdy opowiedziałam Zbyszkowi o tym pomyśle, nie był do końca przekonany. Jeszcze przed naszym poznaniem Zbyszek próbował dwa razy zdobyć Matterhorn, jednak mu się nie udało. Po dłuższej rozmowie uznaliśmy, że w obecnej formie fizycznej powinniśmy spróbować.

Matterhorn robi wrażenie. Nie tyle z uwagi na trudności techniczne, co ze względu na odstraszający wygląd. Warto wspomnieć, że jest jednym z najpóźniej zdobytych szczytów alpejskich. Ma 4478 m. n.p.m. Położony jest w Alpach Zachodnich. Matterhorn to szósty pod względem wysokości samodzielny szczyt alpejski. 

– Ta góra skrywa wiele tajemnic. Mimo tego nie obawiamy się tej wyprawy, wręcz nie możemy się jej doczekać. W przypadku złej pogody jesteśmy skłonni poczekać na atak szczytowy. Zawsze preferujemy szybkie wejście i zejście, ale nie zawsze jest taka możliwość – przyznaje Ewa, Wspomina jednocześnie wyprawy, które najbardziej utkwiły jej w pamięci. 

– W ubiegłym roku weszliśmy na szczyt Dom de Mischabel 4500 m n.p.m. położony w Alpach Zachodnich w Szwajcarii. To była jedna z wymarzony gór. Dwa lata temu natomiast robiliśmy, również w Szwajcarii, Nadelgrat. To było chyba najbardziej ekstremalne wejście. Najpierw trzeba było wspiąć się na stromą ścianę. Pomyślałam sobie, że jak już tam wejdziemy to nie ma odwrotu. Nie da się zejść w dół, więc albo dotrzemy do końca, albo zginiemy. 

Ma 44 lata, wygrywa z młodszymi 

W czym tkwi fenomen szczecińskiej sportsmenki? Właśnie wygrała po raz trzeci z rzędu Maraton Szczeciński. – Do tej pory przebiegłam może 40 maratonów, w pewnym momencie przestałam liczyć. Biegam też mnóstwo „połówek”. Nigdy nie nabawiłam się żadnej kontuzji – przyznaje. – Mam wrażenie, że sukces tkwi w konsekwencji. Każdy dzień zaczynam tak samo. Budzę się około godziny 5 rano. Śniadanie zawsze jem o godzinie 7, a o 8 jestem już na treningu. Gdy robię słabszy trening, czyli mam duży kilometraż bez jakiegoś mocniejszego akcentu, idę na kilka godzin do biura. Jeśli trening jest mocniejszy – potrzebuję czasu by odpocząć i zazwyczaj w taki dzień nie wychodzę już później z domu. Mam małą firmę księgową, nigdy nie chciałam nic większego. Potrzebuję sporo czasu by trenować, odpoczywać, planować, czytać książki. Nie zniosłabym gdyby praca zajmowała mi całe życie. Wolę robić to, co lubię. 

Tygodniowo pani Ewa przebiega maksymalnie 130 kilometrów. Najdłuższe jednorazowo dystanse jakie pokonuje to 30 kilometrów. Nie potrafi jednak powiedzieć co jest jej większą pasją: czy wspinaczka, czy może bieganie. Dzięki tej drugiej poznała miłość swojego życia. Dlatego ciężko jest jej powiedzieć, którą dyscyplinę kocha bardziej.

– Połączyło nas bieganie. Poznaliśmy się przypadkiem: szukałam towarzystwa na wyjazd do Sobótki. Zobaczyłam, że zapisał się Zbyszek. Nie znaliśmy się jeszcze. Zagadałam do niego, że skoro jesteśmy oboje na liście startowej, a nie ma tam dojazdu pociągiem, może byśmy zrzucili się na paliwo i pojechali autem? Będzie raźniej. Później spotkaliśmy się jeszcze przy okazji jakichś zawodów w Szczecinie, by dogadać szczegóły i tak się zaczęło. W międzyczasie widziałam też jego zdjęcia z których wynikało, że lubi góry.

Ekwipunek – 40 kilogramów 

Przygotowania do wyprawy trwają już od wielu tygodni. Z racji tego, że będzie ona złożona: najpierw obejmie pięćdziesięciokilometrowy bieg górski w Austrii, później włoską wspinaczkę, jest bardziej wymagająca niż wszystkie pozostałe. 

– Najtrudniejsze są przygotowania logistyczne, zajmują najwięcej czasu. W kilku miejscach trzeba bowiem załatwić przyzwoity nocleg, szczególnie przed zawodami biegowymi. Tutaj, by osiągnąć dobry rezultat, trzeba się porządnie wyspać. Nie ma takiej możliwości, jak w górach, że w razie potrzeby prześpimy się byle gdzie. Komfort odpoczynku przed wyścigiem jest naprawdę bardzo istotny. 20 lipca wyjeżdżamy więc do Austrii, dwa dni później biegamy. Po zawodach zostajemy na regenerację jedną noc i szybko przemieszczamy się do Włoch, gdzie również jeszcze jedną noc odpoczniemy w hotelu. Później bierzemy to, co najpotrzebniejsze i idziemy w góry. 

Już teraz dokładnie wiadomo, co znajdzie się w ekwipunku. Podczas niektórych wypraw waży on nawet 40 kilogramów. Tutaj śmiałkowie „idą na lekko”. Będą starali się ograniczyć wagę bagażu. Planują odpocząć w schronie na wysokości 3900 metrów.

– Zabieramy ze sobą sprzęt osobisty: uprząż, raki, czekany, liny, kaski. Będą też śruby lodowe. Nie lubimy liofilizatów, zabieramy bardziej coś minimalistycznego, swoje batony. Same plecaki są już ciężkie. Nie tak dawno, podczas jednej z niższych wspinaczek, gdy trafiliśmy do szwajcarskiego schroniska, śmiali się z nas, że wybieramy się chyba w Himalaje. Zawsze mamy ze sobą sporo rzeczy, bo nie stać nas na to, by kupować coś na miejscu. Tam są bardzo wysokie ceny, dlatego zabieramy kuchenkę i gotujemy sami. 

Fundusze są największym problemem każdej wyprawy, na pomoc jednak Ewa może liczyć ze strony Grupy Polmotor. Ewa Huryń jest ambasadorem marki Subaru, która wchodzi w skład marek należących do szczecińskiego dealera. Od 2016 roku Ewa może dojeżdżać na biegi samochodami Subaru. Oprócz wsparcia finansowego, Grupa Polmotor zaopatrzyła ją również w sprzęt i ubrania. Przedstawiciele grupy pojadą z nią na miejsce ekspedycji, skąd będą informowali o postępach. 

– Wszystko rzeczywiście dużo nas kosztowało. Najgorsze było wpisowe na zawody. 800 złotych od dwóch osób to jeszcze nie jest tragedia, jednak jest to bieg górski i rządzi się swoimi prawami. Jest cała lista sprzętu wymaganego przez organizatorów, bardzo drogiego. Koszt tylko jednej kurtki to 800 złotych, a lista jednak naprawdę długa. 

Po powrocie przyjdzie czas na planowanie kolejnej wyprawy oraz dalsze treningi biegowe. Ewa Huryń swój sezon zazwyczaj kończy na przełomie października i listopada. Do tego momentu zamierza wystartować jeszcze w kilku zawodach. – Bieganie mogę polecić każdemu. Ważne, by robić to stopniowo, nie rzucajmy się od razu do intensywnych ćwiczeń. Trzeba przyzwyczaić organizm do mocnego wysiłku. Najlepiej rozpocząć od treningów trzy razy w tygodniu. Niech będą to krótkie dystanse. Później można zwiększać częstotliwość, start w maratonie powinien być dobrze przemyślany i zaplanowany.

 


Dziękujemy Grupie Polmotor za pomoc w realizacji sesji

7( 106)
Lipiec'17