Błażej Ożóg Życie na fali i nie zawsze z wiatrem

Wielki błękit hipnotyzuje i uzależnia. Pomiędzy zderzającymi się żywiołami jest pasja, ambicja i marzenia o wielkim sporcie. Dorosnąć wcale nie oznacza, że trzeba pozbyć się dziecka, które w nas drzemie. Historia Błażeja Ożoga, brązowego medalisty mistrzostw świata w kitesurfingu ma morał, choć nie jest bajką. To historia człowieka, który zupełnie niespodziewanie znalazł się na życiowym zakręcie, ale potrafił złapać wiatr w żagle i popłynąć we właściwym kierunku.  

Autor

Dagmara Rybicka

galeria

O jakie medale powalczysz w najbliższym czasie?

Planuję start w Mistrzostwach Europy i Świata. Francja w październiku i listopad w Omanie.W Omanie nigdy jeszcze nie byłem i wcale mi się nie śpieszy. Pamiętam zawody olimpijskiej klasy w windsurfingu, które określam jako masakrę.

50 stopni w cieniu i bardzo słaby wiatr. Nie są to idealne warunki do ścigania. Dobre dla chudych.

Przecież Ty jesteś szczupły!

Ale nie aż tak strasznie.

Strasznie to waga skoczka narciarskiego?

Strasznie to 65 kilogramów. Znajdzie się paru takich zawodników. 

Kogo z Polaków zobaczymy w Omanie?

Maksa Żakowskiego i mnie. Jesteśmy członkami kadry więc to dla nas obowiązkowy start. 

Za pieniądze związku? Dobrze się tam wam dzieje…

(Śmiech) Za własne pieniądze ponieważ kadra nie ma dofinansowania. W minionym sezonie mieliśmy zniżkę formy, co przełożyło się na wyniki, a to z kolei wpłynęło na cofnięcie funduszy związkowych. Jedyne wsparcie polega na inwestycji w nasze zgrupowania w kraju. Nie mamynawet trenera, funkcja etatowo opiekującego się kadrą nie istnieje. Ma to związek z odpowiedzialnością. Dużo pracy, która nie jest wynagradzana, więc trudno oczekiwać, że ktoś chciałby się poświęcić.

Jak w takim razie trenujesz? Kto Cię wspiera?

Od wielu lat jesteśmy razem z Maksem na wodzie. Przygotowaniem kondycyjno-siłowym zajmuje się Maciek Bielski z Cross Fit Trójmiasto w Sopocie. Resztę ogarniamy sami i nie jest źle. Wiemy co mamy robić, gdzie są nasze błędy, co musimy poprawiać. Oczywiście lepiej byłoby mieć trenera, który daje wsparcie na wodzie, gdy coś się dzieje.

Co może się wydarzyć?

Aktualnie dość szybko pływamy. 38-40 km/h pod wiatr. Z wiatrem około 60. Upadek w tej sytuacji jest bolesny. Prędkość powoduje, że robimy spore odległości. Przykładowo, na pięciominutowym treningu pod górę, w którym robimy zwroty, okazuje się, że jesteśmy 2 kilometry od brzegu. W Polsce nie ma stałego wiatru, więc jak on siądzie, to zaczyna się wyzwanie, aby wrócić. Identycznie jak pływamy w sztormie, sytuacja robi się wtedy mocno niebezpieczna.

Jesteś doświadczonym kitesurferem. Zdarza Ci się panika w takich momentach?

Nie, ponieważ wiem co mam robić. Złapać wyporne narzędzie, czyli deskę, usiąść na niej i odpocząć. Potem się martwić co dalej.

Zaczynałeś od kite?

Na początku był windsurfing. Wkręcił mnie ojciec (Andrzej Ożóg) i robiłem to trochę dla niego. Kite’a znalazłem sam. Okazał się łatwiejszy. Porównując te dwa sporty, to amator mając przez dwa tygodnie codzienne zajęcia na kitesurfingu, jest w stanie sobie skoczyć i być dość ogarniętą osobą na wodzie, którą bez obaw można zostawić samą na plaży. Da radę ze sprzętem, popływa i jeszcze przylansuje się na plaży przed dziewczynami. Dwa tygodnie na windsurfingu to nic, nie pójdzie na falę, nie będzie z tego frajdy. 

Kiedy przyszły pierwsze sukcesy?

Rok spędziłem na Helu, potem zacząłem startować w młodzikach i pojawiły się sukcesy we freestyle. Skoki i ewolucje mogłem uprawiać w Polsce w tej kategorii do 16 roku życia.

Od początku trenował Cię ojciec? Znał się na kitesurfingu?

Tak, był świetny. Mi zależało na skokach, ewolucjach i lansie. Dla nas obu to był poligon doświadczalny. Początki nie były łatwe, bo w Polsce nie da się równo trenować. Brak wiatru, kłopoty z łokciem i złe przygotowanie fizyczne spowodowały, że przeniosłem się na race, czyli wyścigi. Teraz głównie to robię. Pomoc ojca okazała się nieoceniona. Miał doświadczenie w windsurfingu, był zawodnikiem, dużo startował w największych imprezach, a potem w naturalny sposób swoje doświadczenie przeniósł na deskę z latawcem.

Dużo obaj musieliście poświęcić, abyś mógł pójść coraz wyżej?

Tryb zawodniczy spowodował, że nie chodziłem, jak inni, codziennie do szkoły. Wyjazdy zabierały mnóstwo czasu, więc każda placówka w takiej sytuacji szybko by mnie pożegnała. Na szczęście w Gliwicach znalazła się szkoła, która poszła mi na rękę.

Surfer ze Śląska? 

Pełen odlot! Chodziłem do tak zwanej szkoły z charakterem. Katolicka, prywatna, z dyrektorem o dużym poziomie wyrozumiałości. Do Trójmiasta przeprowadziłem się na studiach.

Surfer z amerykańskich filmów – przystojny, opalony i bogaty… taki chciałeś być?

Początkowo pewnie trochę tak było, więcej zabawy niż powagi. Pomyślałem, że spróbuję. Na pewnym poziomie pływanie stało się jednak zawodem. Trzeba było przestawić myślenie, znaleźć motywację, zmienić pewne nawyki. 

Da się z tego żyć?

Mając 24 lata, studiując, bez zobowiązań w postaci rodziny –  tak.

Co dalej? Zostaniesz szkoleniowcem?

Nie wiem, czy jest zapotrzebowanie na trenerów. Prędzej pójdę w temat własnej szkółki i współpracy z jednym ze sponsorów. To firma produkująca sprzęt, więc z czasem chciałbym, aby praca u nich była stałą. Kite’a da się rzucić, ale pływanie jest moim zawodem, stylem życia, więc nie myślę o tym. Poza tym to taki sport, który można uprawiać bardzo długo. 

Szkół kitesurfingu jest sporo, przebijesz się?

Są miejsca na świecie gdzie warto je otworzyć. O Polsce nie myślę, nie przepadam za Półwyspem. Dużo ludzi, miejsce mocno sezonowe. Gdy przyjeżdżam czuję, że jestem traktowany jak zbędne koło u wozu, kolejna osoba do machiny, która ma przyjechać, zostawić kasę i wracać.

Przecież Hel to wasza mekka!

Fajne miejsce, aby się uczyć. Jest płytko, bezpiecznie, z klimatem. Półwysep Helski jest piękny poza sezonem.

Egipska super kasa, będziesz uczył turystów all inclusive?

To bardzo dobre pieniądze, ale męcząca praca. To plan B, gdyby sponsorzy się wycofali, a w życiu nie poszło. Wtedy kupuję bilet w jedną stronę i zaczynam uczyć. Perspektywy mam, ale nie chciałbym tego robić. Nie czuję się w roli nauczyciela. Nie każdy zawodnik może stać się trenerem. Kite przyszedł mi łatwo, więc czasem nie rozumiem, że ktoś może mieć z czymś prostym duży problem. Do nauczania trzeba mieć predyspozycje, odpowiedni charakter, no i motywację. Każdy trener życzyłby sobie samych talentów i potencjalnych mistrzów. Nagorzej, gdy trafia ktoś młody, zmuszony przez rodziców. Ucząc przez chwilę zauważyłem, że takich ludzi jest sporo.

Tobie tajniki tego sportu przekazywał między innymi tata, który był dużym autorytetem w tym surferskim środowisku. Po jego śmierci musiałeś szybko dorosnąć?

I tak, i nie. Parę spraw się zmieniło. Cały czas gdzieś w głębi duszy jestem dzieckiem i obawiam się, że tak zostanie. Lubię w niedzielę rano obejrzeć kreskówki zamiast wiadomości. Śmierć ojca to był wstrząs, trauma. Przerwałem wtedy starty, treningi, świat mi się zawalił. Przez miesiąc nie trzeźwiałem. Musiałem się odpiąć i zluzować.Pewnego ranka wstałem i powiedziałem stop. Wróciłem do życia. Musiałem pomyśleć, że było minęło. Pójść dalej. Bardzo mi go brakuje, często, gdy coś się wydarzy chwytam za telefon i chciałbym zadzwonić wybierając na ekranie „tata”. Wiem, że się nie da, musiałem się z tym pogodzić.

Podniosłeś się i wskoczyłeś na sportową falę?

W pierwszym sezonie po śmierci ojca odzyskałem tytuł mistrza Polski. To była spora zmiana, jeśli chodzi o sprzęt.

Na czym polegała?

Ścigamy się na hydrofoilu, czyli desce z hydroskrzydłem, które umożliwia nam unoszenie się nad wodą. U spodu deski mamy przymocowany maszt, który kończy się dwoma lotkami przypominającymi trochę samolot. Ten właśnie„samolot” sprawia, że deska unosi się nad wodą.

Dla amatora nie do opanowania?

To jest proste, ale najpierw należy nauczyć się pływać ze zwykłą deską. Gdyby ktoś bez doświadczenia dostał latawiec i deskę z hydroskrzydłem to po nim. Dla mnie ta zmiana okazała się dobra, przywróciła moją zajawkę na kite’a.

Sukcesy dedykujesz tacie?

Jak będzie sukces, z którego będę bardzo dumny to zadedykuję.

Co musiałbyś osiągnąć?

Podium mistrzostw świata. To wykonalne i mam nadzieję, że w tym roku powalczę. Czołówka jest mocna i szeroka, o złoto może z powodzeniem walczyć 20 zawodników. Wszyscy bardzo dobrzy.

Ilu w kraju, prócz Ciebie jest bardzo dobrych?

Z ręką na sercu myślę, że Maks Żakowski.

W telewizji praktycznie nie istniejecie, o co chodzi? 

Całe żeglarstwo jest sportem szalenie trudnym do przedstawienia na wizji. Wyścigi trwają, techniczne tematy są skomplikowane do tłumaczenia, widz patrzy i praktycznie nie ma pojęcia o co chodzi. W piłce nożnej, jak mecz zaczyna się o 19 to tak jest. W żeglarstwie wszystko zależy od pogody, więc relacja na żywo o czasie rzadko jest możliwa. Logotypów nie widać, zasady wyścigów są skomplikowane. Halsówka, płynięcie z wiatrem, różne możliwości wyprzedzania. Jest moment, gdy każdy z zawodników płynie w inną stronę. Oglądający jest całkowicie zdezorientowany. Ogrom informacji powoduje, że głowa zaczyna boleć. Dla laika nie do przetworzenia.

Kiedy na olimpiadzie?

Kitesurfing wciąż nie jest olimpijską dyscypliną. Przestałem się tym przejmować, bo jako zawodnik nie mam na to wpływu. Igrzyska to ukoronowanie kariery, złoty medal z olimpiady jest najważniejszym trofeum sportowca. Jeśli kite znajdzie się w olimpijskim programie, to wtedy będę o tym myślał i marzył. Na razie bez emocji, mam na wszystko jeszcze czas i nigdy nie mówię nigdy.

7( 106)
Lipiec'17