Kuba Badach w Szczecinie czuję się jak u siebie

Jego piosenki rzadko usłyszymy w radiu. Kuba Badach nieczęsto pojawia się też w telewizji. Mimo to każdy koncert tego charyzmatycznego wokalisty przyciąga tłumy. – Przyjeżdżając do Szczecina czuję się trochę jak u siebie. To miasto w ostatnich latach wreszcie zostało odczarowane – przyznaje Badach, który po ośmiu latach zapowiada też nową płytę. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Jaki jest Pana przepis na sukces? Niezwykle rzadko pokazują Pana w telewizji, w radiu rzadko. Mimo tego każdy koncert w Szczecinie to komplet publiczności. Nie ważne – czy to projekt solowy, czy wspólny z innymi muzykami. 

Nie wiem. Wydaje mi się, że w naszym kraju nie ma skutecznego przepisu. Nie ukrywam jednak, że to, co się wokół mnie teraz dzieje, odbieram w kategorii sukcesu. Parę razy zdarzyło mi się zapełnić Filharmonię Szczecińską, gdzie przyjeżdżałem z projektami solowymi. Jest to jakiś swoistego rodzaju wyznacznik. Może nie dla mnie, ale z pewnością dla menadżera i kontrahentów. Każda doskonała frekwencja to jest dla mnie duże zaskoczenie. Szczególnie, gdy jestem po raz któryś w danym miejscu i ludzie chcą się spotkać. Zazwyczaj zadaję pytanie ze sceny, czy ktoś jest pierwszy raz, czy są to te same osoby. Bardzo często okazuje się, że jedna trzecia to stali bywalcy, dla pozostałych do debiut. 

Jak Pan myśli – z czego to wynika, że ludzie przychodzą spotkać się kolejny raz, często miesiąc po miesiącu? 

Od niemal 30 lat jestem na scenie. Od 20 w muzycznym świecie dorosłych. Zaczynałem jako dwunastolatek, a już od studiów w Katowicach, czyli od nauki na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, pracuję konsekwentnie i intensywnie. Trzymam się z dala od klasycznych nurtów popularyzacji muzyki, czyli od telewizji i radia. Ścieżka, którą podążam, to muzyka nieco bardziej skomplikowana i trudniejsza. Z tego powodu nie znajdowałem nigdy zbyt mocnego wsparcia ze strony wspomnianych mediów. Często spotykałem się z opiniami, że taka muzyka nie znajdzie odbiorcy u nas w kraju. Co pozostało mi więc robić? Grać koncerty. Okazało się, że ludzie chcą na nie przychodzić i przychodzą. Procentują wszystkie te lata konsekwentnej pracy, gdzie zawsze dużą uwagę przywiązywałem do jakości grania. Współpracuję z najlepszymi muzykami, mamy swojego realizatora dźwięku, zawsze staramy się grać na sto procent. Na tyle, na ile nas stać w danym dniu. 

Koncerty Kuby Badacha to pewnego rodzaju widowiska. Nie tylko Pan na nich śpiewa ale również tańczy, rozmawia z publicznością, opowiada dowcipy. W jakim stopniu jest to reżyserka?

Moja gadka oraz zachowanie na scenie zawsze są bardzo spontaniczne. Wynika to głównie z tego, że w taki sposób usiłuję poradzić sobie ze stresem, który zawsze jest bardzo duży. Nic tego nie zmienia. Nawet to, że w ostatnich latach zostałem zaproszony do udziału w wielu projektach. Cały styczeń graliśmy z chórem TGD, był projekt Michael Jackson Symfonicznie, przede mną Dire Straits Symfonicznie. Za mną koncerty z Adamem Sztabą i jego orkiestrą. W międzyczasie był jeszcze musical z Maćkiem Stuhrem i big bandem Wiesława Pieregorólki, gdzie również byliśmy w Azotach Arenie. Zresztą szczerze mówiąc przyjeżdżając do Szczecina czujemy się już trochę jak u siebie. Mimo wszystko… stres jest, nigdy się go nie pozbędę.

Tym bardziej, że w naszym mieście dzieją się rzeczy niespotykane w innych. Po ubiegłorocznym koncercie w Filharmonii Szczecińskiej byliśmy świadkami wzruszającego spotkania. Przyjechał do Pana przyjaciel, z którym długo się nie widzieliście. Ludzie byli zachwyceni sceną powitania i obaj zostaliście nagrodzeni brawami. Tego również nie było w scenariuszu?

To była dla mnie petarda emocjonalna. Mój kumpel po ponad 20 latach przyjechał z Nowego Jorku do Polski. Wychowywaliśmy się wspólnie na jednym osiedlu. Gdy ja chodziłem do podstawówki, on kończył liceum. Ostatni raz widzieliśmy się w 2002 roku w Stanach. W dzieciństwie Piotrek Borkowski był naszym muzycznym mentorem. Miał na zachodzie kolegów, którzy przysyłali mu płyty. Przykładowo płytę Tiny Turner z muzyką do filmu Mad Max. Pamiętam, jak je otwieraliśmy. Były oryginalne, pachniały tak specyficznie. Nie tak, jak polskie winyle. To samo było z muzyką Paula Younga czy Duran Duran. Piotrek wprowadził nasze osiedle w świat wielkiej muzyki i roztaczał przed nami przepiękne wizje, jak to super jest być muzykiem. Wydaje mi się, że poniekąd był przyczynkiem do tego, że w tę muzykę wsiąkłem. Nie miałem pojęcia, że odwiedzi mnie w Szczecinie. Wiedziałem, że wrócił do kraju, chciał spotkać się z rodziną. Rozmawialiśmy telefonicznie, że być może wybrałby się na koncert. Gdy w tym dniu jednak do niego zadzwoniłem – nie odbierał. Okazało się, że zapomniał telefonu z Warszawy i przyjechał pociągiem. Gdy go zobaczyłem po koncercie, gdy podszedł pod scenę, poczułem się, jakbym zobaczył zjawę. To naprawdę niesamowite przeżycie.

Nie można nie wspomnieć o aranżacjach utworów. Każda jest oryginalna, nie powiela Pan sposobu wykonania przez innych artystów. Duża też w tym zasługa aranżera Jacka Piskorza.

Z Jackiem nawiązałem współpracę przy okazji płyty Tribute to Andrzej Zaucha. Udało się zaprosić go do współpracy i stworzyliśmy dosyć specyficzny tandem aranżersko-koncepcyjny. Miałem już jakieś doświadczenie, wcześniej przez wiele lat pisałem dla zespołu Poluzjanci, aranżowałem. Ale współpraca z Jackiem to inna jakość. Nisza, w której się poruszamy, jest bardzo pojemna. 

Wspomina Pan Poluzjantów. Projekt, po tragedii, która spotkała Wasz zespół, został praktycznie wygaszony. 

Poluzjanci przechodzą bardzo trudny okres. Mieliśmy obchodzić 20-lecie powstania zespołu, mieliśmy zaplanowaną płytę, trasę koncertową. Niestety zmarł po ciężkiej chorobie nasz gitarzysta, Przemek Maciołek. To wywróciło wszystko do góry nogami, zastopowało. Automatycznie zrobiło się mnie więcej w innych projektach. Teraz z Poluzjantami chcemy nagrać płytę w hołdzie Przemkowi.

Poznał Pan już Szczecin?

Poznaję to miasto przez ostatnie 20 lat. Kiedyś wielokrotnie przyjeżdżałem tutaj z zespołem The Globetrotters. Niestety, zazwyczaj mamy bardzo mało czasu na zwiedzanie. Trzeba przyznać, że i tak sytuacja jest znacznie lepsza niż kilkanaście lat temu. Wówczas wyprawa do Szczecina była wyprawą niezwykle trudną. Prawie nie dawało się tutaj dojechać! Podróż busem zajmowała nam 11-12 godzin. To była trzydniowa eskapada: jednego dnia jechaliśmy, drugiego odpoczywaliśmy i mieliśmy próbę, trzeciego dnia był koncert. Było to trudne nie tylko z powodów logistyki, ale również kosztów. Pojawienie się skutecznej drogi dojazdowej sprawiło, że o tym mieście jest bardzo głośno w całej Polsce. Szczecin traktowany jest jako centrum muzyczne. Ogromną robotę zrobiła nowa filharmonia. 

Wielu miejscowym filharmonia się nie podoba.

A w całym kraju jest zachwyt. Wszyscy, którzy w niej grali, są zachwyceni. Poza tym jakość projektów proponowanych przez Filharmonię Szczecińską sprawia, że następuje bardzo fajna fuzja różnych stylistyk muzycznych. W tym nowoczesnym miejscu, świetnie zaprojektowanym, spotyka się muzyka różnych dziedzin. To jest coś, co odbija się szerokim echem. Budynek ten jest zdecydowanie skrojony pod muzykę akustyczną. Pamiętam, że przy pierwszym naszym koncercie mieliśmy problem z okiełznaniem tego miejsca. Nasz akustyk głowił się, jak je ugryźć. Teraz ma już na to sposoby. Zresztą słyszałem, że praca, którą wykonuje, jest doceniana. Po ostatnim koncercie ludzie byli ponoć zachwyceni.

Ceni Pan sobie życie prywatne. Wydaje się jednak, że niewiele na nie pozostaje czasu. Liczył Pan, ile czasu spędza rocznie w trasie?

Właśnie nie. Muszę zrobić sobie podsumowanie, bo ostatnie lata rzeczywiście są bardzo intensywne. Musimy z menadżerem dosyć skrupulatnie podchodzić do kalendarza, gdy planujemy swoje życie prywatne. A planujemy je tak naprawdę rok do przodu, chodzi o odpoczynek, wyjazdy. Warto zaznaczyć, że i tak nie jest to zły wynik. Jesteśmy z nim w drugiej lub trzeciej lidze (śmieje się – przyp. red.). Piotrek Cugowski na przykład przyznał, że od ośmiu lat nie miał wakacji, a przez dwa najbliższe lata dokładnie wie już, co będzie robił każdego dnia. U mnie więc nie jest źle. Znajduję czas na to, by gdzieś wyjechać, pojeździć na nartach. Szczerze mówiąc nie mogę się już doczekać powrotu na deski. Sprawia mi to bardzo dużą frajdę. 

Doczekamy się wreszcie nowej płyty Kuby Badacha? Ostatnia ukazała się w 2009 roku.

Tribute to Andrzej Zaucha miała być przedskoczkiem przed płytą autorską. Obiecałem sobie, że maksymalnie dwa lata później nagram solówkę. Mija ósmy rok… Dramatycznie nie radzę sobie z obietnicami, które sam sobie stawiam. W marcu zamykam się w studiu i przez dwa miesiące zamierzam nagrać płytę solową. Mam nadzieję, że jesienią tego roku wreszcie się ukaże. To obciach, by czterdziestolatek z dużym dorobkiem nie miał takiego krążka.

W jakich projektach w tym roku jeszcze Pana usłyszymy?

Myślę, że w tym roku projektów będzie nieco mniej. Musimy trochę wyhamować, by skupić się na pracy studyjnej. Chodzą nam po głowie jeszcze dwa projekty big bandowe. Spróbujemy znaleźć czas, by z nimi wystartować. Mam nadzieję, że znowu przyjadę wtedy do Szczecina. Bardzo się cieszę, że Szczecin tak bardzo się otworzył muzycznie. Muzycy są tutaj świetni. Zresztą nasz kolega z zespołu Poluzjanci – Grzesiek Jabłoński jest z tego miasta. W ostatnich latach powstało u was kilka fajnych płyt. Na przykład mój menadżer zaraził mnie ostatnią płytą Łony i Webera. Jest ona niesamowita. To obowiązkowa pozycja na każdej półce. 

Na koniec: mamy nowy rok – czego możemy życzyć Kubie Badachowi?

Bym wreszcie „dowiózł” płytę. Życzcie mi tego i trzymajcie za to kciuki. 

Tego więc życzymy. Dziękuję za rozmowę. 

2( 101)
Styczeń'17