Na dobre i na złe

Czy można wytrzymać ze sobą 50 lat i się nie pozabijać? Wydaje się trudne, ale jest to możliwe. – Poznałem Zosię 52 lata temu na dożynkowej potańcówce w Lęborku. Stała pod ścianą, chyba jej pilnowała więc podszedłem zagadać – wspomina roześmiany pan Zbigniew. – I tak jesteśmy ze sobą do dzisiaj. Każdego roku kochamy się coraz bardziej – dopowiada żona. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Pierwsza nasza para poznała się i pokochała dzięki wojsku. Do jednostki w Lęborku trafił Zbigniew Wysocki. Pewnego dnia kawaler postanowił, że pozna dziewczynę. A gdzie można dopełnić takiego planu? Oczywiście na potańcówce. Historia przytrafiła się 52 lata temu. 

– Były dożynki i poszliśmy na imprezę. Zosia stała pod ścianą i chyba jej pilnowała. No to co… podszedłem – śmieje się pan Zbigniew. 

– Ja też chciałam kogoś poznać. Miałam 17 lat i z koleżankami przyszłam się jednocześnie pobawić. Trafiłam tam na Zbyszka. Potańczyliśmy do 3 w nocy. Pamiętam, że leciała piosenka Piotra Szczepanika „Goniąc kormorany”, było też coś Bogdana Łazuki. Po wszystkim Zbyszek odprowadził mnie do domu. Okazało się, że… wrócił bawić się dalej, bo przyszedł z całym plutonem – dopowiada pani Zofia. 

– No co, nogi się roztańczyły i nie dały rady wyhamować – broni się rozbawiony mężczyzna. 

Serce najwyraźniej mocniej zabiło. Żołnierz ponownie chciał spotkać partnerkę z parkietu. Wiedział na jakim osiedlu mieszka, wiedział nawet numer bloku ale nie znał numeru mieszkania. 

– Przyszedł na osiedle i spytał mojego brata, czy zna Zośkę Lewandowską z domu. Brat z przekory powiedział, że tu taka nie mieszka. Mój przyszły mąż dowiedział się później prawdy od kogoś innego i zawitał ponownie. Dopiero wtedy mnie znalazł. Do dzisiaj obaj po kielichu to wspominają. Zresztą Zbigniew trafił na swojego, bo zawsze był zgrywusem. Od samego początku przypadł mojej mamie do gustu. Powiedziała, że to musi być ostatni. Już więcej do domu nie wpuści mnie z żadnym chłopakiem.

Miłość kwitła. Żołnierz listy pisał, i to nie mało. – Do dzisiaj mam je schowane, gdzieś w ciasnych dziurach, by dzieci nie znalazły – przyznaje uśmiechnięta żona. 

Gdy Zbigniew zakończył służbę postanowił wrócić do Szczecina. Nie chciał zostać w Lęborku. I znowu wygrało uczucie, zakochana dziewczyna zdecydowała przyjechać za nim do naszego miasta. Opłacało się, niecałe dwa lata później wzięli ślub. – Przyszedł do domu, przyniósł pierścionek i zapytał czy za niego wyjdę. No wyjdę, odpowiedziałam. Nie pytał chyba nawet mojego taty – wspomina pani Zofia. – Minęło pół roku i stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Jechaliśmy taksówkami. Pamiętam, że było słońce. Po uroczystości była już zawierucha. Ktoś wówczas powiedział, że jaka pogoda takie całe życie. I rzeczywiście. Raz z górki, raz pod górkę. 

– Początki po ślubie były super – dopowiada mąż. – Chodziliśmy do kawiarni, wybieraliśmy się wspólnie na sanki. Bawiliśmy się naprawdę fajnie. Pofolgowaliśmy dwa lata i na świat przyszły dzieci; najpierw córka, dwa lata później syn. Zajęliśmy się nimi. Przez pierwszych 20 lat było trudno. Mijaliśmy się cały czas, bo pracowaliśmy na zmiany. Później trochę się unormowało. 

Para przyznaje, że nie raz miała kryzys. Nawet grozili sobie, że gdy odchowają dzieci rozejdą się. Było to wspólne straszenie, badanie terenu. 

– I co… pożeniliśmy je i dalej jesteśmy ze sobą – śmieje się kobieta. – Gdy był problem siadaliśmy i rozmawialiśmy, nie uciekaliśmy. I to jest sposób na udane życie. Trzeba mieć ze sobą wspólny język, by można było się dogadać. A nie jak jest teraz: „siupu, siupu” i się rozchodzimy. Zresztą mamy dobry przykład. Moi rodzice mają po 92 lata. W tym roku będą obchodzili 70-lecie ślubu. 

– I zrozumienie, to się liczy. Również poszanowanie drugiej osoby – uzupełnia mężczyzna. – Nie rozumiem tego, co się teraz dzieje. Ludzie gonią za pieniędzmi. Wcześniej żyliśmy skromnej ale przez to bardziej się szanowaliśmy. Nie ma idealnego małżeństwa, to trzeba podkreślić. Jedna osoba musi być wsparciem dla drugiej: na dobre i złe. 

W tym roku, 31 grudnia para będzie obchodziła 51-lecie małżeństwa. Mimo to twierdzą, że każdego kolejnego roku zaczynają nowe życie. Czują się, jakby dopiero byli po ślubie. – Bardzo się kochamy. Wszyscy dziwią się, że jesteśmy nierozłączni po tylu latach. Wszędzie chodzimy wspólnie, spędzamy ze sobą każdą wolną chwilę. Jesteśmy szczęśliwi, mamy wspaniałe dzieci, świetne wnuki. Żeby tylko zdrowie było i wszystko będzie doskonale – podsumowują. 

Miłość z Pleciugi

W dzisiejszych czasach niezłym osiągnięciem są już aluminiowe gody, czyli 10-lecie małżeństwa. Kryształowa rocznica, czyli 15-lecie to powód do dumy. Natomiast porcelanowa, gdzie świętuje się 20-lecie powinna być nagradzana medalem. Niestety gro związków nie doczekuje nawet pierwszej. Kłócą się o prozaiczne rzeczy. Dochodzą wreszcie do wniosku, że lepiej zakończyć znajomość. Bo po co się męczyć? – Opłaca się. Bez kłótni nie ma udanego związku – zapewniają Adam i Anna Pfeiffer, którzy w ubiegłym roku świętowali…diamentowe gody, czyli 60-lecie małżeństwa. 

Przenieśmy się do początków ich znajomości, do 1955 roku. Do Wojska Ochrony Pogranicza mieszczącego się wówczas przy ul. Mickiewicza w Szczecinie trafił Adam. 19-letni chłopak przyjechał z Wrocławia. Od dzieciństwa pasjonował się sztuką. Dzięki temu miał możliwość występowania w wojskowym teatrze. Bardzo często brał udział w artystycznych próbach. W tym samym czasie ćwiczyły dziewczyny z wojskowego zespołu ludowego, również w tej jednostce. Wśród nich była Anna, która na próby przychodziła popołudniami. – Od samego początku wpadliśmy sobie w oko. Ja miałem próby, Ania tak samo. Dzięki temu spotykaliśmy się bardzo często. Częstotliwość nie była jednak zadowalająca, bo nasze spotkania na zewnątrz zależały od tego, kiedy i na ile dostałem przepustkę. Poza tym dość często wyjeżdżaliśmy w teren. Mimo to było nam ze sobą dobrze. Aż do tego stopnia, że po zakończeniu służby postanowiłem, że zostanę w Szczecinie – wspomina pan Adam. 

Pomysł nie spodobał się mamie chłopaka, która została we Wrocławiu.– Miała inną kandydatkę dla syna – dodaje pani Anna. – Ale wreszcie zaakceptowała mój wybór – dopowiada mąż. 

Miłość kwitła. Zamieszkali wspólnie. Ponieważ związki nie lubią przestojów postanowili, że zrobią kolejny krok i wezmą ślub. Podjęcie takiej decyzji zajęło im półtora roku. Obyło się nawet bez większych zaręczyn. Padło tylko proste pytanie: „czy zostaniesz moją żoną”? To wystarczyło.

– Ślub wzięliśmy w 1956 roku. Był bardzo skromny, nie mieliśmy pieniędzy, nie za bardzo miał nam kto pomóc. Urodziłam się w Warszawie, miałam 5 lat jak zmarła mama, wychowywała nas babcia z dziadkiem. Później tata się ożenił i miałam macochę. W czasie wojny w Warszawie było bardzo ciężko,nie mieliśmy nawet co jeść. Macocha wywiozła nas pod Białystok.Już po zakończeniu wojny tata nie chciał wracać odbudowywać stolicy. No i skończyło się tak, że wylądowaliśmy w Szczecinie. Wesele w związku z całym przebiegiem wcześniejszych sytuacji odbyło się w domu. Byli przyjaciele, najbliższa rodzina – opowiada pani Anna. 

– Gdyby nie siostra żony nie byłoby nawet przyjęcia, bo ona mieszkając w Rzymie wspomogła nas finansowo. Ciężkie były czasy. Do wszystkiego dochodziliśmy sami, tym bardziej ma to dla nas większą wartość i sprawia większą satysfakcję. Braliśmy wszystko na raty. Człowiek się cieszył. Teraz młodzi mają co chcą, prócz cierpliwości. Szybko się pobierają, szybko rozchodzą – mówi mąż. 

Jednak u diamentowej pary „na dobre i na złe” wypowiadane w przysiędze małżeńskiej mają dosłowne znaczenie. – Przyrzekaliśmy sobie przecież, że nie opuścimy siebie aż do śmierci – mówi pan Adam. 

Niemal całe wspólne życie nie opuszczali siebie na krok. Pracowali wspólnie w Teatrze Lalek Pleciuga, w 1958 roku trafił tam pan Adam, rok później żona. – Nawet tam spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Na piętrze Adam miał swoją garderobę, ja niżej pokój. Na każdej przerwie przylatywał do mnie zamiast siedzieć z kolegami. Czasami już go nawet wyganiałam – opowiada kobieta.

Przez wszystkie lata było mnóstwo sytuacji kryzysowych. Żadna jednak nie była na tyle poważna by prowadziła do rozwodu. – Zazwyczaj kończyło się cichymi dniami ale kłótnie zdarzają się wszędzie, nie ma bez tego udanego związku. Kiedyś nie było tak, że po jednej ludzie się rozchodzą. Wreszcie ktoś musiał ustąpić – wspomina małżeństwo. 

Zazwyczaj ustępował mąż, nie wstydzi się tego. Jest szczęśliwy, że udało mu dotrwać do tak pięknej rocznicy i osiągnąć w życiu to, co osiągnął. – W 2008 roku podczas uroczystości 50-lecia mojej pracy artystycznej podziękowałem oficjalnie Ani, że wytrzymała ze mną tyle czasu. Mamy dzięki temu dwie córki Grażynę i Beatę, mamy dwóch wnuków i wnuczkę oraz jesteśmy pradziadkami Stefana i Krystiana – podsumowuje z dumą. 

2( 101)
Styczeń'17