Odsłaniamy tajemnice Szczecina

Leszek Herman, szczeciński architekt oraz pasjonat tajemnic historycznych, po sukcesie książki Sedinum zaprezentował kolejną część – „Latarnię Umarłych”. Opowiedział nam przy okazji, czy wierzy w istnienie podziemnego tunelu prowadzącego ze Szczecina do Berlina. Zdradził także tajemnicę krypty znajdującej się pod Zamkiem, która dla wielu wciąż pozostaje ogromną zagadką. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

W 2015 roku ukazała się pana pierwsze książka – Sedinum, w której zawalił się jeden z biurowców przy Bramie Portowej. W piwnicach pobliskiego starego hotelu odsłonił się wówczas ukryty korytarz, a w nim tajemnicza ciężarówka ze szczątkami szofera i zaginionym sarkofagiem. Skąd w ogóle pomysł na taką historię? Zna pan doskonale historię Szczecina – wierzy pan, że istnieją takie tunele lub ukryte są u nas skarby? 

Kilka lat temu zajmowałem się remontem tego hotelu i wówczas miałem okazję zapoznać się z pozostałościami fortyfikacji z okresu szwedzkiego, które pod tym budynkiem się znajdują. Ściana forteczna naprawdę istnieje, tak jak i korytarz, który biegnie przy niej po dnie dawnej fosy, kończąc się ślepą ścianą. Pod koniec wojny, gdy Szczecin był podzielony jeszcze na strefy wpływów, a w mieście sporo było jeszcze Niemców, wjechały do miasta trzy ciężarówki z grupą, ubranych po cywilnemu, żołnierzy Wherwolfu. Samochody rozjechały się w trzy strony, ale po jednej z nich później wszelki ślad zaginął. Moim pomysłem było jedynie połączyć te fakty i zasugerować jedno z całkiem przecież możliwych wyjaśnień tej historii. 

Tuneli i przejść podziemnych pod Szczecinem jest sporo, ale funkcje większości z nich były raczej bardzo prozaiczne – ewakuacja, schrony przeciwlotnicze, zwyczajne magazyny itd. Niewiele z nich kryje rzeczywiście jakąś tajemnicę. Natomiast o tym, czy w Szczecinie można jeszcze znaleźć skarby najlepiej świadczy odkryta kilka lat temu w szopie za jednym z domów na Gumieńcach ogromna kolekcja bezcennych obrazów. Pisała o tym w swoim czasie cała Polska.  

Książka okazała się prawdziwym hitem, choć sam pan przyznawał, że lokalne wydawnictwa nie były nią zainteresowane. Zgłosiły się za to ogólnopolskie i nakład sześciu tysięcy egzemplarzy po kwartale od premiery praktycznie się wyczerpał. Spodziewał się pan takiego sukcesu?

Zdecydowanie nie spodziewałem się nawet tego, że ktoś w ogóle wyda moją książkę. Sam fakt, że zainteresowało się nią warszawskie wydawnictwo był wystarczająco wstrząsający. Raczej liczyłem się z tym, że wszędzie ją odrzucą. Miałem już plan założenia bloga i wklejania tam po prostu kolejnych fragmentów. Do tej pory mam jeszcze domenę sedinum.pl, na której wciąż wisi informacja „subconstructione”.

Dokładnie rok po ukazaniu się Sedinum, w księgarniach pojawiła się pana druga książka – Latarnia Umarłych. Druga powieść ponownie okazała się bestsellerem, a krytycy nie kryją słów uznania. Tym razem odsłania pan tajemnicę nadmorskiego Darłowa. Mamy do czynienia z zagadkowym morderstwem, które miało miejsce za czasów II wojny światowej. Znowu opisuje pan historyczne wydarzenia przekazując tym samym Czytelnikom ogromną wiedzę. Dlaczego wybór padł akurat na małe miasteczko – czy rzeczywiście jego historia jest tak bardzo inspirująca?

Gdy mowa o Darłowie, pierwsze co przychodzi na myśl to oczywiście postać króla Eryka I, księcia z bocznej linii Gryfitów, który urodził się na zamku w Darłowie i w wyniku rodzinnych koligacji, jego cioteczna babka była królową Danii. Został władcą Unii Kalmarskiej czyli Danii, Szwecji i Norwegii, bez mała jednej czwartej ówczesnego świata. Eryk w Darłowie także zmarł, ponieważ po latach awanturniczego życia powrócił na rodzinny zamek. Ale, żeby wszystko nie było zbyt oczywiste, w książce nie skupiłem się wcale na postaci Eryka. Darłowo ma także niezwykle interesującą historię z okresu II wojny światowej. To tutaj Niemcy zbudowali poligon doświadczalnych dział kolejowych, na którym zbudowano największe działo w historii ludzkości „Dorę”. Do tego dochodzi klimat małego nadmorskiego miasteczka, z zachowaną historyczną zabudową, portem, starą latarnią morską, pomnikiem rybaka i dziesiątkami legend o których się nie opowiada i których nie mają czasu słuchać turyści w sezonie od wczesnych godzin rannych skupieni na pilnowaniu miejsc na plaży za parawanami.

Jest pan miłośnikiem tajemnic historycznych. Jakie mógłby pan zdradzić Czytelnikom Prestiżu związaną z naszym miastem? Wiele osób twierdzi, że Szczecin wciąż ma wiele do ukrycia, chociażby tunele łączące nasze miasto z Berlinem. Wierzy pan w takie historie? Co jest najbliższe prawdy?

Opowieści o tunelach łączących Szczecin z Berlinem należy oczywiście włożyć pomiędzy bajki. W to samo miejsce, w którym znajdują się na przykład legendy o tunelach prowadzących ze szczecińskiego zamku do nieistniejącego już zamku w Dąbiu, które krążyły wśród gawiedzi od bardzo dawna. Wciąż pokutuje legenda korytarzy niknących pod Odrą, prowadzących z Urzędu Wojewódzkiego w głąb skarpy, na której stoi budynek. Większość z tych opowieści to tzw. miejskie legendy, w których możliwe, że kryje się jedynie jakieś małe, rozdmuchane po latach do gargantuicznych rozmiarów, ziarnko prawdy.

Będąc, było nie było fachowcem, architektem, który zajmuje się głównie konserwacją zabytków, jestem zainteresowany głównie nieco bardziej przyziemnymi tajemnicami, za którymi jednak w gruncie rzeczy kryją się naprawdę porywające historie. Zawsze na przykład inspirowała mnie tajemnicza przeszłość krypty pod zamkiem. Przyjęło się mówić, że jest to krypta, miejsce spoczynku ostatnich Gryfitów i koniec. Tymczasem ten loch ma o wiele bardziej tajemniczą przeszłość niż miałoby się wydawać. Istniał jeszcze zanim zbudowano w tym miejscu północne skrzydło zamku. W dodatku książę Barnim IX, który rozpoczął tę budowę, z tajemniczych powodów pozostawił ten loch pod nowo wznoszonym skrzydłem, utrudniając w ten sposób prace budowlane i podnosząc ich koszt. Jeden ze słynnych ekspertów od średniowiecznej architektury Pomorza profesor Radacki wykoncypował kiedyś, że krypta jest pozostałością jakieś starej tajemniczej wieży, która w zamierzchłej przeszłości nad nią stała. Takie tajemnice są dla mnie o wiele bardziej pasjonujące niż historie o tunelach prowadzących do Berlina.

Z wykształcenia jest pan architektem. Prowadzi pan z bratem biuro Herman Studio Projektowe. Na swoim koncie ma pan kilka ciekawych i prestiżowych szczecińskich projektów: restauracje przy Wałach Chrobrego czy hitową Starą Rzeźnię. Który z nich sprawił najwięcej frajdy i który jest najbardziej prestiżowy?

Niewątpliwie najgłośniejszą naszą ostatnią realizacją jest Stara Rzeźnia, która, dzięki staraniom właścicieli, stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych szczecińskich miejsc. Bardzo zadowolony jestem także z niedawnej renowacji jednej z kamieniczek przy Alei Niepodległości, dawnego słynnego „Domu Skandynawskiego”, który nazywany był tak z uwagi na mieszczące się tutaj niegdyś konsulaty skandynawskie. Naszą realizacją jest także sieć małych kawiarenek „Columbus”, w których kolorystyka, wystrój, a nawet meble zostały kilka lat temu zaprojektowane przez nas jako wzorzec dla obecnie powstających kolejnych nowych punktów. W tym roku otworzył swoje podwoje także pałac Dębina, hotel z restauracją pod Poznaniem, którego adaptacją i przebudową się zajmowaliśmy. Współautorem bardzo prestiżowych realizacji byłem natomiast w ramach szczecińskiej Pracowni Projektowej Konserwacji Zabytków. Park miejski w Świnoujściu czy absolutnie flagowa realizacja, czyli zespół pałacowy w Mierzęcinie pod Dobiegniewem na przykład. Śmieję się jednak zawsze, że jestem jedynym architektem w Europie zapewne, który zaprojektował rekina. Konstrukcja oraz zwisający z niej żarłacz pod pubem Columbus na Wałach jest bowiem moim dziełem. Żeby wykonawca mógł zrobić formę należało dokładnie narysować widoki, przekroje, detale, dobrać kolorystykę.  

Jak pan ocenia nasze miasto - dlaczego Szczecin warty jest tego, by tworzyć o nim powieści? Wiele osób narzeka na to, że tutaj żyjemy. Wydaje mi się, że możemy mieć jednak powody do dumy.

Szczecin ma niewątpliwie najbardziej malowniczą i burzliwą historię z wszystkich polskich miast. Począwszy od tego, że w zamierzchłej przeszłości, sięgającej nawet VIII czy IX wieku był już tak zwanym miastem republiką, czyli zamkniętym, wielkim ośrodkiem władzy, które obok innych ówczesnych miast – republik na przykład Wolina dopiero później zaczęło się przekształcać w miasta. Zdumiewające jest jak wiele ludzi ocenia wiek Szczecina jedynie na kilkaset lat, gdy w rzeczywistości jest jednym z najstarszych polskich miast. Mało kto wie także, że najstarszy polski dokument „Dagome iudex”, w którym Mieszko I zawierzył państwo w opiekę stolicy apostolskiej, wspomina o stolicy tego państwa, którym jak się powszechnie przyjmuje było wprawdzie Gniezno, ale równie prawdopodobnym jest, że był ta także ówczesny Szczecin, który na krótko znalazł się pod władaniem Mieszka. Szczecin do obecnej swojej roli, stolicy prowincjonalnego Pomorza został sprowadzony dopiero po wojnie, przedtem natomiast przewalała się tutaj historia Europy. Świadczą o tym mocne akcenty, wyjęte z jej kart – miejsce urodzenia Katarzyny II, najstarsze kino na świecie. To czego potrzebuje Szczecin to jedynie lepsza, pozbawiona kompleksów promocja. Poza tym, które z miast w Europie wygląda lepiej niż Szczecin podczas finału regat „The Tall Ships Races”?

Listopad 2015 – Sedinum. Listopad 2016 – Latarnia Umarłych. Czego możemy spodziewać się w listopadzie 2017? Powrócimy w kolejnej powieści ponownie do Szczecina? Może zdradzi pan, jakim miejscom chciałby poświęcić teraz więcej uwagi? Bo trudno sobie wyobrazić, że po takim sukcesie skończy się na dwóch powieściach.

Zbieram aktualnie, w tak zwanym wolnym czasie, materiały do kolejnej historii z udziałem tych samych bohaterów. Tyle tylko, że tak jak w „Latarni” przesunąłem trochę środek ciężkości akcji na nowych bohaterów, być może i tym razem, dla urozmaicenia, posłużę się takim wybiegiem.

Po czarnych protestach w Polsce wpadł mi do głowy pomysł na historie osnutą wokół procesów czarownic, które na Pomorzu są akurat bardzo bogato udokumentowane. W katedrze w Kamieniu Pomorskim na przykład jest bardzo wąskie obejście nad transeptem, które w XVII i w XVIII wieku wykorzystywane było do prób, którym poddawano nieszczęsne mieszkanki okolicznych siół i miasteczek. Kobieta, która z zawiązanymi oczami zdołała przejść tym obejściem oczywiście była pod kontrolą szatana, ta która spadła i się zabiła była niewinna. Nieopodal też wznosi się wzgórze wisielców, miejsce które w owym czasie służyło do wykonywania wyroków na różnych zbójach i czarownicach. Płonęły tam stosy najczęściej, a tymczasem wokół szalała, pustosząca Pomorze, wojna trzydziestoletnia. Niezwykle poruszający wyobraźnię okres, w którym Szwedzi okradali miejscowe dwory i zamki, wywożono, gromadzone latami przez Gryfitów dzieła sztuki, a po drogach tułały się watahy biczowników. Tędy także wieziono z Pragi, by następnie załadować ją na okręt, słynną „Biblię diabła”, najbardziej tajemniczy manuskrypt na świecie, który Szwedzi ukradli z zamku na Hradczanach i do dzisiaj przechowują w Sztokholmie.

Biorąc jednak pod uwagę jak niewiele czasu pozostało do września, do którego to musiałbym skończyć pisać, aby książka wyszła ponownie w listopadzie, musiałbym tak jak i autor „Biblii diabła” skorzystać z pomocy szatana. 

1( 100)
Styczeń'17