Ekstremalna podróż Kamili

W tej historii jest niemal wszystko: zawód miłosny, przewartościowanie życia, podróż w nieznane, sytuacje, które mrożą krew w żyłach. Szczecinianka Kamila Polakowska od blisko trzech miesięcy przebywa w Azji. Pojechała tam zupełnie sama. – Jadłam tarantulę, wiecznie walczę z zatruciem pokarmowym, wylądowałam nawet w szpitalu. Niczego jednak nie żałuję, bo dzięki tej podróży zmieniłam spojrzenie na świat – przyznaje.

Autor

Andrzej Kus

Przez ostatnich 10 lat mieszkała w Anglii. Wyjechała bez znajomości języka. Plan był taki: zarobić trochę pieniędzy na wakacje i wrócić po czterech miesiącach do domu. Nie wróciła: zapisała się na kurs florystyczny, poznała chłopaka. Tak minęło 10 lat. – Pracowałam w hotelu jako kelnerka. Miałam załatwione zakwaterowanie, wyżywienie. Zrobiło się wygodnie i nie chciałam wracać – wspomina Kamila. 

Kryzys zaczął się trzy lata temu po rozstaniu z chłopakiem. – Nie mogłam się pozbierać. Dostałam awans na menadżera i lubiłam to zajęcie, jednak miejsce to należało do Tesco, które postanowiło sprzedać budynek. Straciłam więc pracę i miejsce zamieszkania. W tym momencie kolejny raz życie przewróciło mi się do góry nogami. Okazało się, że oprócz kochającej rodziny i trochę oszczędności, nie mam zupełnie nic. Stanęłam przed wyborem: rzucić się ponownie w wir pracy albo wydać oszczędności na podróżowanie – opowiada. 

Bilet w jedną stronę

Początkowo Kamila planowała wyjechać do Australii.  Usłyszała jednak sporo dobrego o Azji i postanowiła wybrać się w dłuższą i odważniejszą wyprawę. 

Podróż miała zaczynać się od Kambodży, czyli miejsca, o którym słyszy się wszystko co najgorsze. – Rodzina i przyjaciele mówili, że mnie tam zgwałcą, zabiją, wciągną w narkotyki itp. Wiedziałam, że będzie inaczej

– wspomina. Zabrała się za przygotowania: szczepienia, wizy, ubezpieczenie. Zablokowała karty bankomatowe, ściągnęła aplikacje do telefonu, spakowała plecak i kupiła bilet… w jedną stronę. 

Pies na skuterze

Podróż do Kambodży trwała 20 godzin. Kamila wylądowała na lotnisku w Phnom Penh. – W drodze z lotniska tuk tukiem głowa latała mi na boki. Byłam zafascynowana każdym napotkanym obrazem: chaosem na drogach, trąbieniem motocykli i skuterów. Byłam w szoku, ile ludzie są w stanie na nie wcisnąć: ogromne paczki, skrzynki, jeździły kobiety w zaawansowanej ciąży, a nawet pełne rodziny – mama, tata, dwójka dzieci, w tym niemowlak i pies. Wszyscy na jednym motorku, w japonkach, bez kasków. Nie ma tam świateł, przepisy drogowe zdają się nie istnieć – mówi zafascynowana. – Poznałam już lokalną ludność i spędziłam z nimi wiele czasu, razem pracowaliśmy. Szybko nauczyłam się targować i dogadywać na migi. Jednym z zadań było np. skosztowanie tarantuli. Zdałam test! Frajda była niesamowita – opowiada Kamila. 

Oko w oko z wężem 

Po Phnom Penh Kamila ruszyła do Banteay Chmar, a później przetransportowała się do kolejnej wioski, Mongkol Borei. Tu z towarzyszami podróży mieszkała u jednej z rodzin. Spali na słomianych matach, każdy miał też siatki przeciw komarom i pełzającym robakom. Temperatura była bardzo wysoka, zero klimatyzacji. – Toaleta była dziurą wpuszczoną w ziemię, wiadro natomiast prysznicem. Wodę w „muszli” spuszczało się przy pomocy postawionej obok wanienki. Nie ma tam wody bieżącej, więc dookoła domu ustawione są naczynia do zbierania deszczówki. Szybko się przyzwyczailiśmy do warunków. Znacznie gorzej przyzwyczaić jednak żołądek do nowego jedzenia. „Rewolucję” miałam przez dwa tygodnie. Przerzuciłam się wreszcie na wegetarianizm, bardziej smakowały mi potrawy bezmięsne. Wszyscy dziwili się, bo mięso to znak dobrobytu – mówi.

Tutaj Kamila odwiedziła m.in. fabrykę jedwabiu, pracowała na polu ryżowym, tworzyła miniogród ze słomianych belek oraz wpuszczała ryby do stawu. O mały włos nie doszło do tragedii.  – Przycinaliśmy drzewka i nagle podbiegł do mnie tubylec i mocno mnie odepchnął. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo nie mówił po angielsku. Okazało się, że o mało co nie złapałabym jadowitego węża, który siedział na gałęzi. Ten mężczyzna uratował mi życie – wspomina. 

Pan Song – szczęśliwy, bo skończyła się wojna

Przygód w Kambodży było mnóstwo: w Battambag była świadkiem, jak po zachodzie słońca stado nietoperzy opuszcza swoją jaskinię. Przez 45 minut wyfruwała z niej wielka chmara, tworząc złowieszczą czarną chmurę. W Siem Raep podziwiała wschód słońca w słynnym Angkor Wat. – Najważniejszym dniem był ten na farmie u Pana Song. Nagle stajesz przed gościem, który przeszedł przez piekło na ziemi, a na swoje stare lata musi ciężko pracować. Mimo swojej wielkiej farmy nie zbija wcale kokosów. Mieszka w starej sypiącej się chacie i marzy, żeby było go stać na remont. Pomagasz jego garbatej, prawie 80-letniej żonie kopać w polu, ale nie dajesz rady, bo pojawiają się ze zmęczenia i skwaru mroczki przed oczami. Ale ona kopie dalej, bo wie, że musi. I ten właśnie człowiek z niesamowitym spokojem, z uśmiechem na twarzy powtórzył kilka razy, że teraz jest szczęśliwy, bo skończyła się wojna. Kambodża jest pełna niesamowitych i silnych osobowości. Nauczyłam się wtedy jednego: czegoś nam wiecznie brakuje w życiu. Mimowolnie bierzemy jednak udział w wyścigu szczurów: więcej, lepiej, dążymy do rzeczy, które tak naprawdę nie są nam potrzebne. Mamy jedną parę markowych butów, jeździmy starym autem, zazdrościmy sąsiadowi, bo ma np. helikopter. To wszystko naprawdę jest mało ważne, gdy widzimy, jak żyją np. ludzie w Kambodży. Nasze problemy nie mają sensu – dodaje. 

Samotna podróż

W kolejnym etapie swojej podróży Kamila poleciała do olbrzymiego Ho Chi Minh w Wietnamie. Na każdej ulicy coś się działo, w parkach odbywały się zajęcia szkół tańca, zajęcia fitness, różnego rodzaju gry, zabawy, muzykowanie. Ilość motocykli na drogach pobijała wszelkie rekordy. 

– Spałam w hostelach, dużo zwiedzałam. Wyruszyłam na wycieczkę po Delcie Mekongu, gdzie do głównych atrakcji należał spływ małymi łódkami przez malowniczą część rzeki, odwiedzenie fabryki kokosowych wyrobów cukierniczych, przejażdżka rowerem poprzez okoliczną wioskę – wymienia. 

W kolejnej miejscowości dziewczyna zapragnęła adrenaliny. Nigdy wcześniej nie wskoczyła nawet do basenu, a tutaj zdecydowała się na skok wzdłuż wodospadu między znajdującymi się blisko siebie skałami. Był to skok z 11 metrów. 

W Hanoi natomiast dużo spacerowała. – Zadziwiał mnie widok kobiet dźwigających każdego dnia kilogramy warzyw, owoców lub też różnego rodzaju pamiątek i ozdób, żeby je sprzedać i w ten sposób zarobić na życie. Na ryneczku napotkałam na szokujący widok – psa na rożnie. Miałam okazję posmakować „weaselcoffee” i żałuję. Przez jej popularność i wysoką cenę męczy się biedne łasice, trzymając te zwierzaki w ciasnych klatkach, karmiąc ziarenkami kawy tylko po to, by mogły je później wydalić. Z tych właśnie odchodów ktoś kiedyś wydobył aromat najdroższej kawy świata. Dla mnie to paranoja – komentuje.

Następny przystanek wyprawy to Cat Ba Island. Tam podróżniczka wybrała się na całodniową wyprawę łódką: podziwiała krajobraz małych skalistych wysepek, przepływała też przez Floating City, gdzie rybacy zamieszkują w swoich małych, pływających drewnianych chatkach. Odwiedziła również wyspę małp. – Ostatnim miejscem jakie odwiedziłam w Wietnamie, było miasto Sapa. Po okolicy oprowadzała nas Mamachi, kobieta mieszkająca w tamtejszej wiosce. Dwa dni wędrowaliśmy po górzystych terenach, mijając przepiękne malownicze krajobrazy pól ryżowych, wodospady, dzikie konie zalegające w stawach, bawoły, pola zielonej herbaty 

– wspomina Kamila.

Przystanek: Laos

Z Sapa do Luang Prabang w Laosie Kamila jechała ponad 28 godzin autobusami przepełnionymi ludźmi. Pasażerowie spali nawet na podłodze. Pośród nich było mnóstwo paczek, worków i innego towaru. W busie była nawet kura. – Na trasie przytrafił się wypadek, który zatrzymał nas na wiele godzin w środku jakiejś małej wioski. Korzystając z okazji, że stoimy w korku, wraz z kilkoma turystami wyszliśmy pozwiedzać, poszukać wody i jedzenia. Okazało się, że Laos tego dnia zaczął świętować Nowy Rok. Na każdym rogu ludzie tańczyli, chlapali się wodą, kolorowali twarze i popijali lokalne piwo. Przyjęli nas bardzo entuzjastycznie – mówi. Następnie Kamila udała się w podróż do Tajlandii. 

Słonie w szpitalu

Słonie w Azji nie mają łatwego życia. Często ujeżdżane są przez masę turystów. Narażone są przez to na trwałe uszkodzenia kręgosłupa. Przetrzymywane w nieludzkich warunkach, są przywiązywane grubymi łańcuchami bez możliwości ruchu. Tresowane są przy użyciu haków, które sprawiają im ogromny ból. – Szukałam miejsca, gdzie są szczęśliwe i znalazłam. Jedna z rodzin odkupiła kilka słoni z niewoli. Stworzyła im doskonałe warunki. Spędziłam dzień z nimi i towarzyszyłam w codziennej rutynie. Spacery, karmienie, kąpiele w błocie i w jeziorze. Tych akurat zwierząt nikt do niczego nie zmuszał, były szczęśliwe, chętnie dołączały do zabaw z ludźmi. 

Kolejny przystanek w podróży to Pai i wycieczka skuterem. Kamila z grupą ludzi pojechała nad wodospad, przystanęła przy pięknym widoku przy drodze i doszło do wypadku. Nogą dotknęła rozgrzanego silnika i odruchowo nią szarpnęła uderzając w jednoślad. Upadła. 

– Trafiłam do szpitala. Nie mieli specjalisty, a pani doktor konsultowała się w mojej sprawie przez telefon. Na tej podstawie zgadywali, co mi jest. Zrobili prześwietlenie, żeby zobaczyć, czy nie ma złamania. Obyło się bez i mogłam iść „do domu”. Z tym, że nie mogłam ruszyć nogą, a ból był nie do zniesienia. Założyli mi gips. Dostałam kulę, z którą i tak nie potrafiłam chodzić. Do hostelu miałam 6 minut. Niby mało, ale dla mnie za daleko. Podszedł do mnie mężczyzna, który zapytał, czy warto wchodzić do szpitala, bo jego dziewczyna zwichnęła kostkę. Opowiedziałam prawdę: izba przyjęć jest jedna dla wszystkich przypadków. Na sali są nieprzytomne dzieci, facet z rozbitą głową, rodzina z wypadku motocyklowego, a jednej kobiecie płuczą oko. W podziękowaniu mężczyzna wsadził mnie na swój motocykl i podwiózł do hostelu – wspomina. 

Czas na Singapur i Bali 

Kamila przyznaje, że ostatnie tygodnie podróży nie są dla niej wymarzone. Przez wiele dni uziemiona była w hostelu. Ból nogi nie pozwalał jej na swobodne funkcjonowanie. Wizę w Tajlandii, z powodów zdrowotnych, ma przedłużoną o kolejny miesiąc. – Zamierzam udać się do Singapuru i na Bali. Być może polecę na kilka tygodni do Australii. Z pewnością jest jeszcze sporo miejsc do zobaczenia – podsumowuje. 

2( 6)
Sierpień'17